Scroll to top
© 2021, Theofeel
 

Zawsze kiedy czytałam świadectwa innych osób, ogarniała mnie złość. Złość na Pana Boga. Nie rozumiałam dlaczego pomaga tylko niektórym, skoro podobno kocha każdego. Dlaczego nie chce pomóc mnie. Nie wiedziałam, że szykuje dla mnie coś pięknego…

Był czas, kiedy nie zastanawiałam się, nad tym jak żyję, nie miałam na to czasu ani ochoty. A kiedy w końcu zaczęłam, okazało się że jestem już tak daleko od Boga i normalnego widzenia świata, że nic i nikt nie może mi pomóc. Przynajmniej tak wtedy myślałam. Alkohol, narkotyki, seks, związki bez uczuć, przedmiotowe traktowanie innych i wiele więcej. Na początku uważałam, że jest to fajne, jestem wolna, moje życie należy do mnie więc mogę robić co chcę. Później chciałam już tylko stłumić wyrzuty sumienia, zapomnieć o wszystkim. Wpadałam w błędne koło. Pojawiły się problemy ze snem, nie mogłam się na niczym skupić. Nie mogłam normalnie funkcjonować. Często wybuchałam złością. Ciągle coś podpowiadało mi, że moje życie nigdy się nie zmieni, że nie mam szans, aż zaczęłam w to wierzyć. To był ciężki czas. Wiedziałam, że moje życie nie wygląda dobrze…żeby nie napisać tragicznie. Ale sama nie potrafiłam niczego zmienić. Chciałam wrócić do Boga, ale na moich zasadach.

Od kilku lat żyłam też w tzw. wolnym związku. Nie widziałam w tym niczego złego, było to dla mnie wygodne, ale także unikałam w ten sposób odpowiedzialności. Nie chciałam nawet słyszeć o ślubie i zakładaniu rodziny. W tej kwestii nie było mowy o żadnych zmianach. Bóg na szczęście nie godzi się na takie rzeczy.

Sama nie wiem dlaczego, ale czasami sięgałam po świadectwa innych osób, a później tłumaczyłam sobie, że te historie nie są prawdziwe. Nie mogą być bo takie rzeczy po prostu się nie zdarzają. A tak naprawdę czułam żal kiedy czytałam: „Bóg postawił na mojej drodze osoby, które mi pomogły”, „znalazłem się na mszy świętej o uwolnienie”, „Jezus mnie uwolnił” itp. Żal przeradzał się w złość i gniew. Pytałam Boga, dlaczego na mojej drodze nie ma nikogo kto mógłby mi pomóc? Wyrzucałam Mu, że traktuje ludzi wybiórczo. Dziś wiem, że wtedy nie byłam w stanie prawidłowo ocenić tego, co dzieje się w moim życiu. Nie dostrzegałam, że postawił na mojej drodze dwie bardzo ważne osoby. Jedna uparcie modliła się, druga rozbrajała mnie swoją czułością i cierpliwością. Mimo wszystko starałam się szukać Boga, a przynajmniej jakiejś ścieżki prowadzącej do Niego. Bywałam czasami na mszach, również z modlitwą o uzdrowienie, i jedyne co myślałam, to że nie pasuję do ludzi, których tam widzę. Byli dla mnie dziwni, a jednocześnie czułam się od nich gorsza.

Zaczęłam się modlić…i nic.

Traktowałam Boga jak dżina, który ma spełniać moje życzenia, kiedy nie spełniał odwracałam się od Niego by znów sięgnąć po to, co pozornie koiło ból. Myślałam, że oszaleję. Ciągły natłok myśli i utwierdzanie samej siebie w przekonaniu, że Bóg nie chce mi pomóc, że jestem Mu obojętna. Rozpacz. Byłam gotowa złożyć akt apostazji, myślałam że to załatwi sprawę…Ale moje myśli wciąż krążyły wokół Boga. Aż doszłam do wniosku że tak dalej nie da się żyć. Miałam dwa wyjścia, albo zakończyć życie, albo modlić się mimo wszystko. Wybrałam opcję drugą, choć wciąż zdarzały się upadki. Czasami bardzo bolesne. Często płakałam, wątpiłam w sens modlitwy, ale błagałam Boga o pomoc, jedną nogą wciąż tkwiąc w moim starym życiu – w dawnych nawykach, przyzwyczajeniach. Modliłam się o zmianę. O jakąkolwiek zmianę, byle nie pozostawać w stanie, w którym byłam. Wpadłam w rytm modlitwy, swój rytm.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Bóg naprawdę słucha. A że z modlitwą wcześniej miałam niewiele wspólnego, można sobie wyobrazić jak bardzo była niedoskonała. Była jednak systematyczna. Z czasem dołączyła modlitwa psalmami, czytanie Pisma Świętego, słuchanie konferencji i rekolekcji, różaniec, aplikacje mobilne z modlitwami, książki o tematyce religijnej i powoli wiele rzeczy zaczęło się zmieniać.

Przestałam sięgać po to, co zamiast pomagać, pogrążało mnie coraz bardziej. Poznałam znaczenie i smak życia w czystości. Pojawiła się nadzieja. Dostrzegałam zmiany, ale nie bardzo mnie one cieszyły. Miałam poczucie, że wciąż czegoś brakuje. Ślub nadal był tematem zakazanym. Nie umiałam zaufać Bogu na 100%.

W Wielki Piątek poszłam na adorację, trwała też noc konfesjonałów. Patrzyłam na ludzi w kolejce do spowiedzi, wyobrażałam sobie że też tam stoję. Chciałam oddać Bogu wszystko to, co nagromadziłam przez kilkanaście lat. Niestety nie mogłam. jakbym przyrosła do ławki. Zaczęłam przypominać sobie jak żyłam, co robiłam… Gdzieś wewnątrz siebie słyszałam, że nie mogę pójść do spowiedzi bo to nic nie da, że takim jak ja się nie przebacza. Popłakałam się i wróciłam do domu. W tamtym momencie zatęskniłam za Bogiem jak nigdy przedtem, ale nie mogłam pójść i wyznać Mu wszystkiego, co tak bardzo mnie niszczyło. Mimo żalu i zwątpienia modliłam się dalej.

Dwa miesiące później trafiłam na finał Festiwalu Wiary w Rzeszowie. Chciałam uciekać, ale serce podpowiadało żeby zostać. Toczyłam ze sobą walkę przez cały czas trwania spotkania. Na trybunach, gdzie odbywała się spowiedź, z kilkunastu spowiadających księży został jeden. Nie ma mowy żebym do niego poszła – pomyślałam. Nie będzie miał pojęcia o połowie rzeczy, które miały miejsce w moim życiu, a które muszę wyznać. W pewnym momencie stwierdziłam: teraz albo nigdy!

Pobiegałam. Bóg na mnie czekał. To była bardzo, bardzo trudna spowiedź a jednocześnie tak piękna, że kiedy dziś ją wspominam uśmiecham się sama do siebie. Chwilę później usłyszałam, że spotkanie dobiega końca. Cudowny czas. Mój czas. Doświadczyłam przebaczenia, miłości, zrozumienia. Dostałam nowe serce. Nowe życie. Odchodząc od spowiedzi miałam wrażenie, że moje stopy nie dotykają podłogi. Miałam ochotę ściskać wszystkich ludzi. A co najlepsze ten stan nadal się utrzymuje 🙂 Byłam WOLNA! Szczęśliwa, spokojna, czysta! Naprawdę, w życiu brałam różne rzeczy…ale TO?! To był taki odlot, że nie śmiem tego nawet z niczym porównywać. (Jeśli lubisz mocne wrażenia, to spróbuj szczerej spowiedzi:)) Zrozumiałam dlaczego nie cieszyły mnie wcześniejsze zmiany. Brakowało mojej pełnej zgody, aby Jezus mógł działać. Dzień przed spowiedzią szczerze i świadomie wypowiedziałam słowa: Jezu zgadzam się na Twój plan, zgadzam się na wszystko. To wystarczyło, aby Jezus wkroczył do akcji.

Przez cały czas myślałam, że w sprawie grzechów, słabości i wszelkiego rodzaju upadków, byłam jakimś szczególnym przypadkiem. Ale w tej kwestii, nie wymyśli się niczego nowego. Nie będzie się oryginalnym. Ja też nie byłam. Oryginalnym stajesz się, kiedy rzucasz się w ramiona Boga, kiedy zaczynasz prawdziwie kochać i kiedy pozwalasz kochać siebie.

Dzień w którym mogłam przyjąć Komunię Świętą był wyjątkowy! Takie wielkie święto. Moje święto.

Dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej. Potrafię dostrzegać rzeczy, które wcześniej były dla mnie niewidoczne. Nie potrzebuję mocnych doznań i fałszywego poczucia szczęścia. Cieszę się drobiazgami. Wkrótce biorę ślub. Każdy problem, każde zmartwienie z ufnością powierzam Bogu. Jestem wolna i szczęśliwa. Wszystko jest łatwiejsze kiedy wierzysz bo masz pewność, że podtrzymuje cię sam Pan Bóg, że czuwa nad tobą w każdej sekundzie. On przebacza, kocha, otacza opieką. On chce twojego dobra… mimo, że czasem masz wrażenie że działa przeciw tobie. Zna ciebie lepiej niż myślisz. Bo dla Boga jesteś jedynym, niepowtarzalnym, ukochanym dzieckiem. Ty. Ja . Wszyscy jesteśmy Jego dziećmi, więc o każdego troszczy się z osobna ale z taką samą czułością.

Talitha kum! (Mk 5, 41)
Wstań, weź swoje łoże i chodź! (J 5, 8)
I Ja ciebie nie potępiam. (J 8, 11)
Chcę, bądź oczyszczony! (Mk 1, 41)
Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się! (Mk 6, 50)

Te słowa Jezus wypowiada na serio.

Do ciebie. Do mnie. Do każdego z nas.

Klaudia M.

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *