Scroll to top
© 2021, Theofeel

„Jeśli kocham Boga, to kocham drugiego człowieka” – na początku nie miałam wobec tego zdania żadnych zastrzeżeń. Wydawało mi się ono do głębi chrześcijańskie i… logiczne. Przecież w pierwszej kolejności powinniśmy skupiać się na tym, co największe, najszlachetniejsze, najpiękniejsze i najpotężniejsze…. Tak podpowiada nam rozum. Ale czy słusznie?

Ja sformułowałabym temat nieco inaczej, a mianowicie: „Jeśli kocham drugiego człowieka, to kocham Boga”. Bo czy można docenić doskonałość nie doceniając przeciętności, zwykłości? Wystarczy spojrzeć na ludzi, którzy ciągle narzekają, którzy w ogóle nie umieją się cieszyć dniem powszednim. Myślisz, że przeżyją oni godnie święto, wakacyjny wyjazd albo wieczór w gronie znajomych? A gdzie tam! Tego typu ludziom nie dogodzisz…   

Do tego, co wielkie dochodzimy przez to, co małe, niepozorne. Nie inaczej. Czy od najmłodszych lat bezgranicznie i dojrzale kochaliśmy Pana Boga? Czy mając kilka (a nawet kilkanaście…) lat potrafiliśmy w pełni dostrzec Jego Piękno? Pewnie ktoś się zaraz oburzy, że taki np. św. Dominik Savio potrafił. I to w dodatku jako 5-latek! Ano potrafił. Ale nie bez powodu został ogłoszony świętym… Poza tym także on dochodził do miłości Boga przez miłość do rodziców oraz innych, bliskich mu osób. Tylko, że św. Dominikowi proces ten zajął znacznie mniej czasu niż nam. No i zakończył się spektakularnym efektem.

Innymi słowy – jeśli potrafię docenić i pokochać Boże dzieła, do których zalicza się przede wszystkim człowiek, to moje zafascynowanie światem prędzej czy później doprowadzi mnie do zafascynowania Stwórcą. Odkryję tajemnicę Sacrum. I wcale nie muszę określać się mianem wierzącego, wcale nie muszę nazywać owego Sacrum JAHWE czy Buddą… Wystarczy, że doznam mistycznego Piękna. Bo tak naprawdę każdy, kto otworzy się na Sacrum, jest człowiekiem wierzącym, religijnym…    

Kiedyś byłam święcie przekonana, że pewne „wyższe okoliczności” mogą zwolnić wierzącego człowieka z udziału w „życiu przyziemnym”. Pozwól, że posłużę się pewnym przykładem: jest wiosenny, niedzielny wieczór. Trwa Wielki Post. Jak na przykładnego katolika przystało, zamierzasz iść na Gorzkie Żale. Pomału szykujesz się do wyjścia, gdy nagle dzwoni telefon. To Twoja siostra. Pyta się, czy może wpaść do Ciebie razem ze swoim mężem i dzieckiem. Długo się przecież nie widzieliście… Jak się zachowasz? Czy zrezygnujesz z nabożeństwa na rzecz spotkania z rodziną, czy może przeprosisz swoją siostrę i powiesz jej, że masz już coś ważnego w planach?

Przez długi czas wybierałam niestety to drugie rozwiązanie… Wolę nie myśleć, ile ominęło mnie okazji do dawania miłości drugiemu człowiekowi i do stwarzania mu namiastki Nieba na ziemi… A przecież tylu kazań się w życiu nasłuchałam! Ba, tyle teologicznych książek przeczytałam! Co rusz spotykałam się z twierdzeniem, że każdy człowiek jest uobecnieniem Chrystusa. I co? Zero efektu. Nie przemawiało to do mnie. Albo inaczej – może nie chciałam, by owa teza do mnie przemawiała? Wszak skrycie się w murach kościoła jest znacznie prostsze od pomagania bliźniemu i otwarcia przed nim swojego serca…

Co zatem musiało się stać, że porzuciłam te godne pożałowania nawyki? Zapewne sądzisz, że miesiącami ciężko pracowałam nad zmianą swojego zachowania albo że przeżyłam jakieś przykre doświadczenie, które mną „wstrząsnęło”. Niestety muszę Cię rozczarować – żadna z tych wzniosłych rzeczy mi się nie przytrafiła… Wszystko jest znacznie bardziej prozaiczne, niż myślisz…  Po prostu nadszedł w końcu taki dzień, w którym stwierdziłam, że wygodne życie „wzorowego” katolika już mi się przejadło. Zupełnie jak wszystkie słodkości, które wyglądają smakowicie i rzeczywiście takie są, ale po przekroczeniu zalecanej dawki powodują co najmniej mdłości…

Stopniowo zaczęłam więc wychodzić z mojej, że posłużę się takim modnym ostatnio psychologicznym pojęciem, „strefy komfortu”. Owo „stopniowo” nie przypadło jednak do gustu Panu Bogu, bo postanowił przyspieszyć proces mojego religijnego dojrzewania. Pewnego dnia wpadła mi w ręce książka, w której przeczytałam: „Czasem trzeba opuścić Boga, dla Boga”. Właśnie! Nie zamykajmy się w Wieczerniku! Wyjdźmy do naszych Braci i Sióstr! Wyjdźmy do Boga!

Iwona Płotka

Related posts