Scroll to top
© 2021, Theofeel

Myślę, że każdy z nas kiedyś marzył. O rzeczach pięknych, wielkich, często nieosiągalnych, ale i o tych przyziemnych, a przez to – bardziej realnych. To właśnie marzenia często nadawały sens naszemu istnieniu. W końcu posiadanie celu i dążenie do jego spełnienia to niebagatelna sprawa. Do momentu, kiedy stanęliśmy twarzą w twarz z… prozą życia, która większość, (o ile nie wszystkie) tych mniej lub bardziej ambitnych zamiarów zepchnęła w niepamięć. Szkoda, prawda? Poczucie straty rodzi tęsknotę, a ta umiera wraz z nami… Z drugiej strony można wskazać wielu ludzi, którzy bardzo ofiarnie angażują się w realizację swoich pragnień. Ich determinacja budzi podziw, a towarzyszący jej zapał pozwala im na pokonywanie kolejnych ograniczeń. I może ten wysiłek stanowi sól naszego życia?

Zmiana

Podobno nieświadomość bywa błogosławieństwem. Może… Osobiście uważam, że trwanie w niej jest na swój sposób wygodne, ponieważ nie pozwala zauważyć – oraz eliminować – własnych słabości. Co innego świadomość. Dzięki niej możemy zdefiniować posiadane przez nas zalety i słabości, z którymi ruszamy w drogę ku zmianie. Dopiero wtedy poznajemy siebie takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Mogą nami kierować różne motywacje, choć z reguły motorem napędowym do podjęcia konkretnego działania jest wizja lepszego życia. Chcemy w nim być bliżej tego, o czym marzymy. Nie, nie jest to egoizm. To przejaw troski o samego siebie, który jest wręcz konieczny do zdrowego wzrostu duchowego. Aby się rozwijać, powinniśmy skierować swoją uwagę najpierw na sobie, akceptując siebie i swoje słabości (ale nie zgadzając się na nie). Podobnie jest z  czułością oraz wyrozumiałością. Kiedy realizujemy tę rodzicielską postawę nas samych, możemy osiągnąć wewnętrzną spójność, poprzez którą będziemy realizować się w zdrowej relacji z drugim człowiekiem. W innej sytuacji osoby nie okazujące sobie miłości nie będą w stanie zaspokoić swoich potrzeb. Łatwo jest przez to wpaść w swego rodzaju pułapkę. Ludzie z podobnymi problemami „przyciągają się”, dążąc do tego, aby otrzymać taki rodzaj wsparcia, którego sami nie doświadczyli i którego nie potrafią dać samym sobie. Paradoksem jest jednak to, że trwanie w tej „zależności” nie przyniesie nigdy nasycenia.

Dlatego też my sami w pełni odpowiadamy za własny rozwój, za pracę na „otwartym sercu” i… otwartym umyśle. Zastanawiamy się nad naszym dotychczasowym życiem, zauważamy patologiczne schematy działania i próbujemy zmienić sposób, w jaki siebie postrzegamy. Działanie „pod kogoś” nie gwarantuje trwałej motywacji, ponieważ zmieniamy się przede wszystkim dla siebie, a dopiero „przy okazji” – dla innych. Podejmowanie takiej codziennej walki może przypominać syzyfowe zmagania, a nasze słabości mogą urosnąć do niebotycznych rozmiarów…. Taki jest skutek dążenia do wolności. Im mniej rzeczy nas krępuje – tym jesteśmy bliżej Boga. Dzięki temu przychodzi nam łatwiej realizować Jego zamiar względem nas. Odnajdujemy nasze życiowe powołanie i wracamy na drogę rozwoju, drogę naszych marzeń, z której zeszliśmy na pewnym etapie naszego wzrastania…

Działanie

„Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb, pewni jesteśmy również posiadania tego, o co Go prosiliśmy”(1J 5,14-15). Wracając do marzeń – czy prośby zanoszone przez nas w modlitwie nie są do nich podobne? Myślę, że możemy mówić tutaj o dużej analogii. Bóg daje nam to, o co prosimy, to jest ten fundament, na którym mamy budować nasze życie. Tyle że sam kształt budowli, która wyłoni się z tych starań, zależy już od nas samych. Wielu ludzi o tym zapomina, czekając aż spadnie im przysłowiowa „manna z nieba”. To błąd. Nie możemy przyjmować biernej postawy i ślepo podążać w kierunku, w którym popychają nas inni ludzie czy tzw. los. Wszyscy możemy stanowić o sobie, o swoich wyborach i kierunkach rozwoju. To nie jest nieosiągalny cel, ale przywilej. Samookreślenie się stanowi, co prawda, spore wyzwanie, podobnie jak opracowanie planu działania i jego wcielenie w życie. I to jest chyba to zaparcie się samego siebie, wzięcie swojego krzyża i pójście za Chrystusem. Myślę, że to jest cel naszej ludzkiej egzystencji. Dążenie do doskonałości i uświęcanie się na tej drodze. Najpewniej nasze staranie nigdy nie będzie mieć końca, ale to… dobra wiadomość.

Po największym i najtrudniejszym oczyszczeniu z niechcianych skłonności, lęku lub braku wiary we własne możliwości, otworzymy przed sobą nowe perspektywy rozwoju. Czym one będą? W tym miejscu każdy może podać swoją listę marzeń, które – o ile są zgodne z zamysłem Bożym – będziemy mogli urzeczywistniać. Ta perspektywa jest kusząca – obyśmy tylko nie wycofali się. Wybór zależy w końcu od nas samych…

Być może teraz nie potrafimy wyobrazić sobie naszego życia przemienionego działaniem łaski i naszymi staraniami. To może wydawać się szalenie odległe. Zwłaszcza, jeśli doświadczymy poczucia straty, „rozstając się” z tym, co ocenialiśmy jako negatywne i niechciane, chociaż będące przecież częścią nas… Zapraszajmy do tych uwalnianych przestrzeni Ducha Świętego, który wypełni je swoim światłem i nada im nowe znaczenie. Takie miejsca stają się wzrostem nowego człowieka, zbliżającego się Boga i tego, co nam przygotował. Żegnającym się ze swoim starym ja, nie z marzeniami. „Chciałabym, żeby marzenia były piękniejsze niż są, żeby sięgały do nieba – jeszcze nieznanych mi stron” – śpiewała Anna Jantar. To piękny „łącznik” między nami, a Bogiem…

Przemek Sobolewski

Related posts