Scroll to top
© 2021, Theofeel

Słowo „radykalizm” ma raczej negatywny wydźwięk. Kojarzy się z czymś skrajnym, nieelastycznym, może nawet z walką z ludźmi o odmiennych poglądach – zwłaszcza w kontekście wiary i religii. Mimo wszystko użyłem go celowo. Nie po to, aby budzić kontrowersje czy wywołać złe skojarzenia, ale w celu pobudzenia do refleksji i odpowiedzenia sobie na pytanie – czy moje wybory i decyzje podporządkowane są Bogu? Czy jestem radykalny/radykalna w oddawaniu siebie Stwórcy?

Podjęcie decyzji

W ostatnim czasie zauważyłem bardzo ciekawą, choć może dla niektórych oczywistą, zależność. Zorientowanie na Jezusa i pogłębianie tej relacji powoduje, że w życiu człowieka jest coraz mniej miejsca na wszystko to, co go od Niego oddziela, tj. na pokusy, lęk, nienawiść… Jak bardzo niezwykłe jest to, że powierzając siebie Chrystusowi „kawałek po kawałku” stajemy się ludźmi coraz bardziej oddalającymi się od wartości, jakie reprezentuje nasz ziemski świat. Czy warto? Z pewnością tak – nawet za cenę odrzucenia i niezrozumienia przez otaczających nas ludzi. Tyle że zanim staniemy przed podobnym dylematem, musimy przygotować się do naszej wędrówki, a następnie z konsekwencją, krok po kroku, pokonywać kolejne trudności, jakie niewątpliwie spotkają nas na tej drodze.

Jednoznaczność decyzji

Szalenie istotne jest tutaj samookreślenie się i jasna deklaracja – tak, idę za Jezusem i odrzucam rzeczy/ludzi/uzależnienia, które mnie od Niego oddalają. Brzmi pięknie, ale tak… nierealnie? Jasne, to nie jest proste, zwłaszcza, kiedy w danym momencie wydaje się to być zupełnie nieosiągalne. Trudno bowiem płynnie przejść z jednej skrajności w drugą. Jeśli jednak powoli zaczniemy wchodzić na tę nową ścieżkę, to z czasem coraz bardziej przybliżmy się do tego ambitnego celu.

Oczywiście nasze emocje będą dawały o sobie znać głośnym i wyraźnym sprzeciwem, tyle że wcale nie musimy z nimi walczyć… Emocjom towarzyszą myśli i nad nimi należy pracować, o ile tylko zechcemy… Wbrew pozorom – to nie namiętności nami żądzą, choć tak łatwo dajemy im „zielone światło”, aby tak właśnie się działo. Za zmianą sposobu myślenia podążą i one. I choć nasze samopoczucie będzie wtedy dalekie od komfortowego, warto podjąć kolejną decyzję – przylgnięcie do Jezusa. Z pewnością emocjonalny chaos będzie nam podpowiadał, że On nas opuścił, ale jest to jedynie jedno z największych kłamstw złego, dla którego ta delikatna sfera stanowi najsilniejsze pole do działania. Co dalej?

W poszukiwaniu prawdy o sobie

Często niesiemy w sobie fałszywy obraz siebie i tego, co i w jaki sposób robimy. Skuteczną „odtrutką” na nasze strapienia okazują się być zaufani i sprawdzeni ludzie, którzy będą nas „weryfikować” oraz… sprowadzać na ziemię w sytuacjach kryzysowych. Ich obecność w naszym życiu będzie stanowić dla nas swego rodzaju zwierciadło, w którym zobaczymy prawdę o sobie. Jakże istotne jest też takie ludzkie (nie)zwykłe wsparcie – rozmowa, milczenie, czuły gest…

Poddanie się Bogu i skupienie na bliskich wcale nie oznacza, że mamy przestać walczyć. Absolutnie! Pamiętajmy, że Bóg – kiedy tylko Go prosimy – podsuwa nam możliwości/zdarzania/ludzi i tylko od nas samych zależy, czy z nich skorzystamy. Zachęca nas przy tym do tworzenia nowych schematów zachowania, ponieważ bez nich prędzej czy później wrócimy do punktu wyjścia…

Jezus – tak podobny do… nas

Może to zbyt odważna teza, ale kiedy przyjrzymy się ziemskiemu życiu Chrystusa, to możemy zauważyć jak bardzo przypomina ono nasze zmagania… Jezus wielokrotnie odpierał ataki faryzeuszów, których postępowanie było dalekie od uczciwości i miłości względem drugiego człowieka. On czynił dobro, uzdrawiał, wypędzał złe duchy – nie na własną chwałę, ale na chwałę Jego Ojca. Oczywiście nie dysponujemy tak wielką mocą, niemniej jesteśmy nieustannie wzywani do tego, aby świadczyć o Nim własnym życiem. Zauważmy, że Jezus nie był sam, powołał apostołów, którzy mieli głosić Jego Słowo. W odróżnieniu od nas – On był im bardziej potrzebny niż na odwrót. Wreszcie – Chrystus doświadczył rzeczy najtragiczniejszej – został zdradzony przez człowieka z najbliższego otoczenia, fałszywe oskarżony, odrzucony, skazany na dojmującą samotność i niczym nie zasłużoną śmierć… Uczmy się dostrzegać to, że Jezus jest z nami w każdym momencie, a zwłaszcza w naszym cierpieniu, ponieważ sam je przeżył!

Niech troska o to, abyśmy i my umieli z Nim być tu i teraz towarzyszy nam każdego dnia. W taki sposób, abyśmy mogli kiedyś powtórzyć za św. Pawłem: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. Nie mogę odrzucić łaski danej przez Boga”.

Trzymajmy się zatem naszego dobrego radykalizmu, wierząc, że za nim przyjdzie nowe życie.

Przemek Sobolewski

Related posts