Scroll to top
© 2021, Theofeel

Często rozmyślam nad sensem tego, co spotyka mnie w życiu, w kontekście mojej wiary. I są to dobre refleksje, ponieważ do niedawna wychodziłem z założenia, że każde wydarzenie skłaniające mnie w jakiś sposób do pracy nad sobą, pochodzi od Boga. Pojawiły się jednak we mnie wątpliwości – czy aby na pewno tak jest? Właśnie. Zrozumiałem, że przypisywanie wszystkiego Stwórcy to raczej zgubna i dosyć niebezpieczna droga. Nie mogę przecież wykluczyć woli i czynów ludzi działających w granicach swojej wolności, a za których pośrednictwem przychodzą do mnie takie właśnie doświadczenia. Co innego ich owoce. Tutaj – jeśli tylko będę miał taką potrzebę – mogę poprosić Boga o to, aby były dla mnie jak najlepsze. Tyle że muszę najpierw wykazać się swoją wolą…

„Na przekór wszystkim i mimo wszystko”

Przyznaję, że pisanie na temat wiary stanowi dla mnie duże wyzwanie. Nie chcę rościć sobie prawa do głoszenia „jedynie słusznych prawd; próbuję raczej zebrać i uporządkować moje duchowe przeżycia, dzięki którym jestem coraz bliższej Boga. Niemniej po głowie krąży mi nieustannie natrętne pytanie – „jak wierzyć”? W odpowiedzi słyszę słowa pochodzące z pewnej piosenki- “na przekór wszystkim i mimo wszystko”, które stanowią chyba najpełniejsze podsumowanie tych rozważań. „Na przekór wszystkim” – może nie w znaczeniu trwania w aktywnej kontrofensywie wobec osób o odmiennych przekonaniach, ale w tej jasnej konsekwencji wyboru Boga jako swego Ojca. „Mimo wszystko”, czyli po prostu wbrew nadciągającym i trwającym kryzysom czy nieszczęściom – rzeczami, z którymi tak po ludzku trudno jest nam sobie poradzić. Tutaj nasuwa mi się na myśl trwanie w bezwarunkowej ufności i słowo pochodzące z Pierwszej Księgi Machabejskiej: „Tak zauważcie, że z pokolenia na pokolenie nie doznawali zawodu ci wszyscy, którzy Mu ufają” (2.63). To zdanie bardzo mnie poruszyło, ponieważ – na skutek życiowych przejść – wychodziłem z założenia, że najpierw muszę samemu na coś „zapracować”, aby to później otrzymać. Dlatego też miałem wielki problem z otwarciem serca na działanie łaski Bożej. I choć dzisiaj przezwyciężyłem to podejście, to nadal uważam, że Bogu trzeba „dopomóc”, tj. wykonać pierwszy krok, podjąć działanie, aby On mógł zainterweniować. Bez tej decyzji Stwórca ma bardzo ograniczone pole manewru…

Proście, a będzie wam dane

„Zaprawdę, powiadam wam: Kto powie tej górze: „Podnieś się i rzuć w morze”, a nie zwątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się to, co mówi, tak mu się stanie. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o co prosicie w modlitwie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie” (Mk, 11, 20-25). Brzmi wspaniale, prawda? Jednak w tym miejscu może pojawić się myśl, a wraz z nią wyrzut: „przecież prosiłem i nie otrzymałem!” Zauważmy, że poza obietnicą nagrody nie mniej ważne, a w zasadzie – kluczowe! – okazuje się nasze osobiste zaangażowanie. „Kto (…) nie zwątpi w duszy” – czyli w naszym sercu powstaje zarówno pragnienie, jak i ufność, że Bóg da nam to, czego potrzebujemy. W pamięci zapadły mi słowa księdza, który – w czasie rekolekcji poświęconych uzdrowieniu z doznanych ran – powiedział, że jest przekonany o nadejściu uwolnienia z cierpienia, tyle że jest to kwestia… czasu. Jakże łatwo jest ulec zniechęceniu i porzucić intencję, którą zanosimy do Boga w modlitwie! A tak niestety się dzieje. Sam też miewam z tym problem, ponieważ bywam niecierpliwy i chciałbym wszystko dostać tu, teraz, od razu… Może tym większe wrażenie wywarła na mnie postawa Hioba, który wierzył właśnie „na przekór wszystkim i mimo wszystko”. Bóg dał – Bóg może i zabrać. To całkowicie niesamowita sprawa! Przykład wielkiej, niezachwianej wiary i zdania się na wolę Najwyższego. Jakże łatwo mógł przecież ulec pokusie i „nawrzucać” Mu za ogrom cierpienia, którego doświadczył. A jednak tego nie zrobił. Ta historia jest wspaniałą nauką nie przywiązywania się do tego, co posiadamy, a z czego nie raz jest nam trudno zrezygnować. Zachowanie takiej niezależności od nieuniknionych zmian może uchronić nas przed rozczarowaniem, goryczą czy – w skrajnym wypadku – odejściem od wiary. Ale to dotyczy nie tylko tych dobrych rzeczy! Tych negatywnych również, bo w końcu „nic nie może przecież wiecznie trwać…” Smutek, lęk, samotność też muszą się wreszcie skończyć.

Siła wiary

Symbolika tak potocznie używanych słów: „wiara góry przenosi” nabrała dla mnie niedawno nowego znaczenia. Zrozumiałem, że wierne wytrwanie w cierpieniu, w zmaganiu się z samym sobą i towarzyszącej mi bezsilności jest ideałem, do którego chcę dążyć. Co może mnie spotkać gorszego od utraty zaufania w Bożą Opatrzność, która przyjmuje mnie takim, jakim jestem? Z całym bagażem doświadczeń, zranień, grzechów oraz popełnionych błędów. Mogę doświadczyć chwilowego szczęścia w tym, co sprawia mi przyjemność, i co pewnie kiedyś przeminie, ale pełnię życia znajduję w Tym, który mnie umacnia – w Bogu.

Przemysław Sobolewski

Related posts