Scroll to top
© 2021, Theofeel

To powinien być zwyczajny poniedziałek: o siódmej rano wsiadam do autobusu wypełnionego kolorowym tłumem ludzi, do 15:30 z zapałem prowadzę zajęcia z radosnymi uczniami oraz współpracuję z uprzejmymi, pełnymi pasji koleżankami i kolegami po fachu. Około 16:00 usatysfakcjonowana wracam do domu, następnie relaksuję się przy sporcie i zasiadam do pracy naukowej. Ot, taki mój typowy, szablonowy poniedziałek – dzień wypełniony ciężką pracą, ale też serdecznością ze strony tych znanych, jak również całkowicie obcych mi ludzi. Tym razem było jednak zupełnie inaczej. Niestety inaczej, nie zawsze znaczy „lepiej”…

Tamtego dnia prawie w ogóle nie spotkałam osób, które ubiorem podkreśliłyby swoją niepowtarzalność. Nie doświadczyłam braterstwa, ba- zwykłej uprzejmości, ze strony bliskich mi osób; nie mówiąc już o tych nieznanych, spotkanych na ulicy. Jedyne, czego doświadczyłam w tamten feralny poniedziałek, to panosząca się wszędzie wrogość i narastające w moim sercu poczucie zupełnego wyobcowania. Przerażające doświadczenie – człowiek odnosi wrażenie, że żyje w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Ma ochotę opuścić własne ciało i uciec gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nie będzie miał okazji spotkać nikogo poza Panem Bogiem.

Tamtego dnia zamiast grona roześmianej i oryginalnie ubranej młodzieży ujrzałam kipiących wrogością, “nabuzowanych” i odzianych od stóp do głów w czarny kolor buntowników. Widok ten podziałał na mnie wyjątkowo deprymująco… To już nie była ta sama młodzież, którą codziennie widuję na ulicy – roześmiana, beztroska, barwna. To byli… No właśnie, kim byli ci młodzi ludzie, przyszłość naszego narodu? Wtedy nie wiedziałam. Nie potrafiłam znaleźć określenia na to, co ujrzałam. Wszędzie czerń i jej odmiany – na butach, rajstopach, spodniach, bluzkach, kurtkach, na powiekach, paznokciach, a czasami nawet na… ustach. Oczywiście mam pewne skojarzenia, ale są one tak mocne, bezpośrednie i poniekąd brutalne, że nie ważę się ich wyartykułować…

Czarny poniedziałek… Czarny marsz… Czarni ludzie… Czarne… dusze… Tak, człowiek, który opowiada się za morderstwem, który pragnie rozkoszować się prawem do zabijania niewinnej istoty ludzkiej, który z lubością przyodziewa się w czerń, ma sczerniałą duszę.

I gdyby w tym godnym pożałowania wydarzeniu brała udział wyłącznie młodzież, nie byłabym wtedy aż tak zaniepokojona. “Ot, młodzi są, mało jeszcze wiedzą o życiu, nie zdają sobie sprawy z tego, co robią.” – pomyślałabym kręcąc głową i wzdychając. Jednak w czarnym marszu nie było granicy wiekowej – manifestowały zarówno piątoklasistki, jak i poważne panie po pięćdziesiątce, co napawa mnie obrzydzeniem. Jak można w ten (przepraszam za wyrażenie) smród, mieszać niewinne, nieświadome niczego dzieci? Jak dojrzałe i starsze panie mogą być po tylu latach życia tak ślepe?

O co chodzi? Czy naprawdę tak ogromne rzesze ludzi mają sczerniałe dusze? Czy większość naszego społeczeństwa jest zła? Moralnie zepsuta?

Przyznam, że jeszcze parę tygodni temu odpowiedziałabym na te pytania twierdząco. Dziś jestem jednak zupełnie innego zdania. Polacy wcale nie mają sczerniałych dusz. Polacy wcale nie są moralnie zepsuci. Wręcz przeciwnie – Polacy są wyjątkowo dobrzy.

Tak, powyższe zdanie napisałam z pełną świadomością. Polacy są wyjątkowo dobrzy, ale przy tym wyjątkowo… głupi. Przepraszam, jeśli czujesz się urażony, ale zastanów się, czy nie mam racji – rzesze dziewcząt i kobiet (chłopców oraz mężczyzn zresztą też) ulega propagandzie szerzonej głównie na portalach społecznościowych i spieszy na manifestacje w przebraniu niczym amerykańskie dzieci w dniu Halloween (swoją drogą tym biednym dzieciom także zrobiono “pranie mózgu”). Z jednej strony jest to widok godny pożałowania i dramatyczny, a z drugiej śmieszny, czy wręcz groteskowy, bo przecież wszyscy ci „uciemiężeni dyktaturą” ludzie, noszą kolor żałoby i smutku – kolor adekwatny do tego, co ze sobą reprezentują i za czym się opowiadają….

Ile z tych upiornie ubranych kobiet rzeczywiście popiera aborcję? Pytanie może wydawać się bezsensowne, bo przecież zgodnie z logiką na marsz proaborcyjny idą osoby, które domagają się prawnego unicestwiania istot ludzkich. No właśnie, zgodnie z logiką… Na szczęście życie nie zawsze toczy się według zasad logiki…

Mogę sobie uciąć głowę, że wśród tego dzikiego, mrocznego i rozwrzeszczanego tłumu znalazłoby się co najwyżej kilka procent kobiet, które naprawdę popierają aborcję, a więc mordowanie niewinnych i bezbronnych ludzi, i które są w pełni świadome tego, za czym się opowiadają. Cóż, w społeczeństwie zawsze znajdą się ludzie cierpiący na różne zaburzenia psychiczne lub zaślepieni i zmanipulowani przez propagandę. Za takich trzeba się modlić i tyle.

A kim jest pozostała część protestujących? To najzwyczajniejsi w świecie urażeni Polacy, którzy na wszelkie koncepcje ograniczenia swobody obywatelskiej, niezależnie od tego, czy owe koncepcje są słuszne, czy nie, reagują histerią. To ludzie, w których płynie krew dumnego, napuszonego i sfiksowanego na punkcie własnej wolności i niezależności Sarmaty. To ludzie, którzy nie walczą z powstałym podczas zaborów i przekazywanym z pokolenia na pokolenia kompleksem niższości. To Polacy, którzy wiecznie pragną komuś coś udowodnić.

A teraz zadziwię Cię jeszcze bardziej. Przeważająca część protestujących to… praktykujący katolicy (w większości co prawda „niedzielni”, ale zdarzali się także członkowie chórów parafialnych i wspólnot – włos się jeży na głowie…). Tak, tak. Podsłuchałam wiele rozmów, przeprowadziłam liczne sondaże, więc możesz mieć pewność, że tak właśnie było. Trudno to zaakceptować, wiem. Ale wiem także, że nie jest z nimi aż tak źle, jakby się mogło wydawać. Ot, usłyszeli, że władza zamierza dokonać zamachu na demokrację, więc pomknęli oburzeni Sarmaci protestować nie tyle wobec zakazu aborcji ile wobec obecnej władzy.

Czy taki sposób postępowania jest rozsądny? Nie, w żadnym wypadku. Ale jak już mówiłam, ci wszyscy protestujący nie są aż tak zepsuci wewnętrznie, jak się powszechnie przypuszcza. Tak naprawdę są przeciwko aborcji. Gdyby w pełni zdawali sobie sprawę z tego, KTO znajduje się w brzuchu ciężarnej kobiety, pierwsi pobiegliby przed sejm i domagali się zakazu mordowania bezbronnych istot ludzkich. Ty też jesteś przeciwko aborcji. Trochę narzekam, wiem, ale w głębi duszy wierzę w dobro człowieka.

Z drugiej jednak strony opisane przeze mnie zjawisko może przyjąć groźną formę. Od nas, aktywnych i dojrzałych katolików zależy przyszłość naszego kraju. Możemy nie robić nic. Albo możemy krytykować i zwalczać aborcjonistów. Każda z tych taktyk przyniesie jednak prędzej czy później opłakane skutki. Jak zatem powinniśmy zachowywać się wobec rzekomych zwolenników aborcji? Cierpliwie i z miłością wyjaśniać im prawdę, a naszym codziennym postępowaniem przybliżać ich do Pana Boga. To co, działamy?

Iwona Płotka

Related posts