Scroll to top
© 2021, Theofeel

Stary dom, stary pokój i stare obrazy. Święta Rodzina, Matka Boska z Jezusem, Święty Józef… Jest Mała Tereska z krzyżem ukrytym w kwiatach, Maksymilian w obozowym pasiaku, Antoni od igły w stogu siana i Krzysztof- patron kierowców. Jest również Franciszek w lekko już wyblakłym habicie i ojciec Pio z brodą przyprószoną szronem. Obaj w zacnym towarzystwie siostry Faustyny, która utkwiła swój wzrok w bieli i czerwieni płynącej z serca Jezusa. A za kredensowym szkłem, w równym rządku kolejni patronowie. Każdy ze swoim posłaniem i misją. Tyle świętych oczu czuwa nad tym domem i tyle jest „dobrego ducha” w jego wnętrzu, że spać można spokojnie. Czy takie obrazy są również w naszych domach? Czy to już przestarzała moda, czy wciąż żywa potrzeba?

Całkiem niedawno dostałam od bliskiej mi osoby piękne zdjęcie oprawione w ramkę. A na nim dwie bardzo kochane osoby i ja. Na siebie patrzę kilka razy dziennie w lustrze, ale radością dla mnie stało się patrzenie na pozostałe dwie uśmiechnięte twarzyczki. Codziennie rano, gdy budzę się ze snu widzę jak patrzą na mnie, jak po prostu przy mnie są. Ja zerkam na nie, one na mnie i czasem do nich gadam jak „dziad do obrazu”. Co prawda obraz nie przemówił ani razu, a jednak rozmowa się toczy. Nie jest to może dialog, a raczej monolog, ale powracające wspomnienia i skojarzenia niosą ze sobą całą paletę dobrych odczuć i ciepła, a jednocześnie odniesień i planów, co będzie dalej. Co jeszcze kiedyś, razem, nawzajem, dla siebie i dla nich… Wiele radości dostarcza mi codzienne patrzenie na to zdjęcie i za każdym razem uśmiecham się, kiedy na nie zerkam. A jednocześnie mam wrażenie, że osoby te, przez to, że „ubrane w ramkę” stoją na moim biurku, są jakby bliżej mnie.

I kiedy tak pewnego dnia patrząc na tę fotografię „ładowałam akumulatory” na cały dzień, przypomniałam sobie o starym domu. I pomyślałam o tym, ile ciepła i radości dały jego mieszkańcom „święte obrazy”. Zrozumiałam, dlaczego tam były. Zrozumiałam też, że ich obecność niosła ze sobą spokój i przybliżała w codzienności dnia powszedniego radość ze spotkania z bliskimi. Tymi, którzy są dobrem i dobro dają nawet wtedy, gdy po ludzku patrząc nie ma ich blisko. Czy brak takiej świętości w naszych domach nie odbiera nam możliwości cieszenia się właśnie tą bliskością, radością i spokojem? Może warto spróbować tak na to spojrzeć.

Nie musimy mieć tyle obrazów i obrazków, ile w starym domu. Nie trzeba upychać ich w każdej ramie i witrynce. Nadmiar też może szkodzić. Może stać się odpustową pasją i kolekcjonerskim zapędem, ale codzienne zapatrzenie się w cudowny wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, czy choćby tylko zerknięcie na obraz rozmodlonego Jezusa wiszący nad łóżkiem, może dać siłę na cały dzień. Ulubiony święty przypomni o westchnieniu do niego, o prośbie o orędownictwo. Czy nie stanie się radością świadomość, że nie jesteśmy sami? I wokół nas są Ci, którzy dobro rozsyłają w niezliczonej ilości i mnogości? Oni staną się nam jeszcze bliżsi, kiedy codziennie na nich spojrzymy. Dadzą nam radość, jakiej się nie spodziewamy. Ot, taka ludowa mądrość wyniesiona ze starego domu i nowego zdjęcia w ramce.

Mówią, że gdyby Bóg miał portfel, to nosiłby w nim moje zdjęcie. A gdyby miał lodówkę, to moje zdjęcie również znalazłoby się na niej. Pewnie tych rzeczy nie ma, ale na szczęście ma lepszy wzrok i widzi mnie codziennie. Widzi taką, jaka naprawdę jestem. Mam nadzieję, że mój obraz jest dla Niego radością, o każdej porze dnia.

Dorota Palacz

Related posts