Scroll to top
© 2021, Theofeel

Zaraz, zaraz… Czy to nie pomyłka? „Dobry smutek” brzmi przecież jak oksymoron, więc gdzie jest tutaj sens? To całkiem proste – znajduje się w postawie, jaką przyjmujemy wobec niego. Jeżeli pozwolimy mu wybrzmieć, to paradoksalnie będziemy bliżej siebie. Jeśli natomiast trwamy w poczuciu beznadziei, to z pewnością mówimy tu o „złym smutku”, który donikąd nie prowadzi. A zdrowe przyjęcie tej emocji okazuje się być niezwykle oczyszczające.

Pytaj i słuchaj

Smutek nie pojawia się znikąd, ponieważ stanowi bieżącą reakcję na to, co dzieje się w naszym życiu. Już samo dotarcie do jego przyczyn w postaci wydarzeń z przeszłości, które go sprowokowały, odkrywa faktyczne źródło problemu. No tak, tyle że skupianie się na nim nie jest w żaden sposób „pociągające”, może dlatego tak wiele osób stara się usilnie o nim „zapomnieć”? Czy to przez popadanie w pracoholizm, uzależnienia, czy też takie organizowanie swojego dnia, by w napiętym harmonogramie nie starczyło czasu na pochylenie się nad jego obecnością. Oczywiście można stosować te „taktyki” jedna po drugiej, z maniakalnym wręcz uporem, ale to nie rozwiąże problemu – odwlecze go tylko w perspektywie. Ale czy tak naprawdę zagłębienie się w swoje wnętrze jest czymś strasznym? Być może. Choć o wiele gorsze jest to, kiedy człowiek odcina się od własnych emocji, traktując je jak „nieproszonych” gości. To jest chyba największy dramat – zdystansowanie się od tego, co się przeżywa, zdystansowanie się od siebie samego. Smutek może być więc wołaniem o uwagę i jasnym drogowskazem, czym należy się zająć. Nie każdy jednak chce to usłyszeć, nieustannie powtarzając sobie, że tak „naprawdę” wszystko jest ok. Można tak funkcjonować latami, ale z czasem tafla lustrzanego odbicia zacznie się kruszyć i będzie wymagała coraz to większego nakładu sił, aby utrzymać dotychczasowy stan. Człowiek jest w stanie przyjąć zaskakująco wiele, nawet jeśli działa na szkodę samemu sobie.

Otwórz serce

Potrzeba czasu. I chęci. To swego rodzaju trening poznawania siebie – spośród wielu różnych wewnętrznych głosów uczymy się słyszeć ten prawdziwy, własny. Dzięki temu możemy zacząć działać lub… zaniechać podjęcia inicjatywy, ponieważ często boimy się tego, co może za nim przyjść… A uczuciem trzeba się zaopiekować i zrozumieć je po to, aby móc zbudować prawdziwą wewnętrzną spójność. Takie nastawienie sprawia, że coraz łatwiej jest słyszeć, a nie ignorować. I warto pamiętać o tym, że emocje – choć tak silne, nie są nami. Naprawdę. Dlatego możemy zdecydować o tym, czy pozostaniemy w „sferze” niewiedzy, wyparcia lub beznadziei, czy też nadamy swoim uczuciom właściwe proporcje i odpowiednie miejsce w naszym życiu.

Jest przecież Jezus…

Który chce, abyśmy przychodzili do Niego z tym wszystkim, co dla nas trudne! Oddajmy Mu smutek, własną bezradność w radzeniu sobie z nim i lęk przed odkrywaniem tego, co jest dla nas bolesne. On odsłoni naszą słabość, pokazując tym samym prawdę o nas samych. Nie taką, jakiej oczekujemy, ale tę, do której powinniśmy dążyć. “Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się /potem/ nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć” (2.Koryntian 7:10-11). To zabrzmi niczym szaleństwo, ale można traktować go jako dar, który przybliża nas do życia w Bogu. Za jego pośrednictwem możemy oddzielić ziarna Bożego Słowa od plew tego świata i „zasadzić” je w naszej duszy tak, aby utrzymywały nas blisko Niego. Prośmy też o przemienienie smutku w radość. O umieranie i odradzanie się jako inny człowiek. Zmiana może nie przyjdzie szybko, ale potrzebne jest nasze staranie o to, by zaistniała. Potrzeba codziennej zmiany siebie, nawet drobiazgów, wydeptywania nowych ścieżek zastępujących dotychczasowe życiowe schematy. Często w smutku, często w żalu i rozpaczy. Warto mieć własną, przeznaczoną tylko na te trudne momenty modlitwę lub akt strzelisty, które będziemy odmawiać, by wystarczyło nam sił do kroczenia obraną drogą. Pamiętajmy, że nie zostaliśmy porzuceni! Nie wahajmy się ofiarować siebie Jezusowi i prosić Go o siły w niesieniu krzyża własnego życia. Będą nam one potrzebne, ponieważ to zmaganie potrwa aż do momentu naszego przejścia do Wieczności. Sami upadniemy. Pozwólmy zaopiekować się swoją beznadzieją, kiedy tylko ją odkryjemy i wejdziemy w jej centrum, czyli w siebie.

Przemysław Sobolewski

Related posts