Scroll to top
© 2021, Theofeel

Czasami mawiam, że jestem człowiekiem “katastrofogennym”.

Ciągle zdarzają mi się jakieś wypadki. Mam szczególne predyspozycje do zahaczania ramieniem o klamkę, kiedy akurat gdzieś szybko idę, do uderzania się o wszelkie kanty dostępne w okolicy itp. Ogólnie rzecz biorąc, im bardziej się staram niczego nie zepsuć, tym częściej przytrafiają mi się przykre sytuacje. Mój chłopak nazywa mnie „życiowym zamotańcem”. Twierdzi, że trzeba się mną ciągle opiekować, żebym sobie w najbezpieczniejszych warunkach czegoś nie zrobiła.

Mimo to wydawało mi się, że jeżdżę na rowerze pewnie i w miarę bezpiecznie. Mam bardzo dobry rower, dokładnie taki, o jakim zawsze marzyłam. Jeżdżę na nim może niezbyt często, ale zdarza mi się to, powiedzmy dwa razy w tygodniu. Warszawa w ostatnich latach została wyposażona w dodatkowe ścieżki rowerowe, wiodące przez centrum właśnie. Wobec tego mobilizuję się i wsiadam na rower, załatwiając różne inne sprawy.

Tak oto trzy tygodnie temu postanowiłam pojechać na uczelnię, odebrać w końcu dyplom i oficjalnie zakończyć rozdział życia pt. „studia wyższe”.

Jak to się stało, kto zgadnie… Zdecydowały sekundy. Jechałam, rozglądając się uważnie wokół. Pewien szczegół przykuł moją uwagę i zastanawiając się nad nim, źle poprowadziłam rower. Żeby się ratować próbowałam zeskoczyć z niego na chodnik. Wiedziałam, że inaczej rozbiłabym się o dość wysoki na tym odcinku krawężnik i straty byłyby spore. Niestety upadłam i z rozpędu zrobiłam fikołka. Byłam w lekkim szoku, ale podniosłam się od razu. Nieco zdarte ręce i kolano, to było nic, ale jedną nogę miałam potężnie uderzoną. Na początku właściwie nie bolało, pewnie z powodu napływu adrenaliny. Zebrałam rower z ulicy i podprowadziłam go pod uczelnię. W takim właśnie poobijanym i nieco krwawiącym stanie odebrałam papiery, a potem pojechałam przez miasto, strasząc przechodniów ogromną szramą na nodze. Dopiero w domu, po dezynfekcji rana zaczęła koszmarnie piec i szczypać. Tak mnie piekła przez tydzień.

Nie piszę tego jednak po to, żeby wzbudzić współczucie i otrzymać wyrazy wsparcia. Chciałabym podzielić się refleksjami, jakie to wydarzenie we mnie wzbudziło. Od mojego niewielkiego wypadku minęły trzy tygodnie. Po szramie prawie nie ma śladu. Ale przez ten czas przyglądałam się mojej nodze uważnie i, co może zaskoczyć, obserwacje te wzbudzały we mnie, prócz stresu i bólu, także zachwyt.

Zachwyt nad niesamowitym geniuszem stworzenia Bożego: człowieka. Patrzyłam na nogę i przyglądałam się, jak ciało sobie radzi z raną. Jakiś biolog na pewno lepiej by to opisał. Ja fachowych wyrażeń nie znam, ale widziałam, jak utworzył się strup, jak pod nim budowała się nowa skóra na miejsce tej zdartej, jak wszystko odnawiało się, goiło krok po kroku, odbudowywało. I rozmyślałam nad tym, że organizm człowieka jest wyposażony w mechanizmy, które pomagają mu leczyć się z ran, regenerować właściwie samoczynnie, przy minimalnej pomocy – jedyne, co robiłam, to przemywałam nogę Octeniseptem i zaciskałam zęby, jak szczypało. Organizm zrobił resztę. Stopniowo, systematycznie naprawiał się, do skutku.

Czyż nie jest to wspaniała nowina? Nie trzeba bać się ran, bo one goją się same. Bóg w swoim geniuszu tak stworzył człowieka, żeby dawał sobie radę w najgorszych, ekstremalnych warunkach, żeby się regenerował, żeby – z pozoru kruchy i delikatny, bez takich oczywistych zabezpieczeń, jak gruba skóra, pancerz, gęste futro – był w stanie wytrzymać w każdych warunkach. A do tego Bóg dał człowiekowi rozum, żeby swoje naturalne możliwości regeneracyjne podparł odpowiednim traktowaniem własnego ciała i mógł dokonywać coraz więcej i więcej. Nie mam tu na myśli zamęczania się dla wydumanych, egoistycznych celów, tylko o nieustanny rozwój człowieka jako jednostki i ludzkości jako całości. Do tego zostaliśmy stworzeni i jest to dla mnie w jakiś sposób oczywiste. Ale nie zastanawiałam się nad tym głębiej, dopóki nie przyjrzałam się mojej poharatanej nodze i nie zobaczyłam w niej przykładu niesamowitej mocy, potęgi, geniuszu Boga. A przede wszystkim Jego miłości. Bo w końcu to On mi dał tę nogę, prawda?

Ale wraz z tą nogą dał mi pewne zadanie. “Możesz chodzić- idź i czyń dobrze. Możesz się rozwijać- idź i twórz ciągle coś nowego, lepszego. Możesz dokonywać rzeczy niezwykłych – idź i je rób. Na moją chwałę”- mówi Jezus.

“Oto ja, poślij mnie”. Tak właśnie chcę czynić. Oby mi nie zabrakło wiary, odwagi oraz mądrości do czynienia dobra.

Bogusława Odyniec

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *