Scroll to top
© 2021, Theofeel

Żyjemy w Kościele. Nie wiem, czy zdajemy sobie na co dzień sprawę z tego, jak bardzo wszczepieni jesteśmy w ten jedyny w swoim rodzaju Organizm. Żywy i nieco tajemniczy w swej mistycznej wymowie, a jednocześnie do bólu prozaiczny i codzienny. Niezwykłe Ciało, które należy do Jezusa Chrystusa, Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. Jednocześnie Matka. Tak Kościół sam siebie nazywa. Co ma na myśli? Naszym przyzwyczajeniem jest udział w życiu Kościoła. Czy to coś oznacza? Co niedziele mówimy – „idę do kościoła”. Idę DO Kościoła? Idę KU niemu? Z nim? ZA nim? A właściwie, po co?

Dać się otulić

Osoby pracujące z dziećmi niepełnosprawnymi wiedzą, jak ważne jest nieustanne pobudzanie i wspomaganie rozwoju dzieciaczka, którego mózg i ciało odmawiają współpracy. Wiele jest sposobów takiej pracy. Jedną z metod jest terapia Felice Affolter. Ciekawa i niezwykle istotna jest forma pracy. Terapeuta siada za dzieckiem. Jeśli nie potrafi ono samo siedzieć, opiera je o siebie. Ogarnia je swoimi ramionami. Ujmuje dłonie dziecka w swoje dłonie. Tak rozpoczynają wspólne poznawanie świata. Małe dłonie uczą się działać. Poznają. Zapamiętują. Istotną rzeczą jest to, że dorosły prowadzi dziecko, ale nie przesłania mu świata. Ono dostrzega własną samodzielność i jej się uczy.

Tylko pozornie jest to przykład „z innej bajki”. Pewnie w relacji z Kościołem nie czujemy się dziećmi. Często jednak jesteśmy zagubieni w otaczającej nas rzeczywistości. Tak zwyczajnie nie radzimy sobie z łatwymi i trudnymi sytuacjami. Przerastają nas decyzje, przytłaczają emocje. Każdy z nas to zna. Wędrujemy „do kościoła” i chcemy otrzymać receptę. Wersję, która uwolni nas od decyzji. Kreatywność dobrego terapeuty nie na tym jednak polega. Nie taka jest również delikatność Matki. Matka podtrzymuje, często bardzo dyskretnie wskazuje kierunek. Radość sukcesu pozostawia dziecku. Wspiera samodzielność, ale jej nie odbiera. Uczy odkrywać wolność i dobrze z niej korzystać.

Urok schematu

Kiedyś w rozmowie znajoma powiedziała mi: „Codzienna Msza święta? Ojej, to nudy. W kółko to samo…”. No tak, codzienny rytuał jest taki sam. Może się wydawać jednostajny. Nieustannie zachęcani do spontaniczności, coraz trudniej trawimy „oklepane formułki”. Jednak, kiedy dobrze wsłuchać się w słowa wypowiadane przez kapłana, można odkryć nieprawdopodobną dynamikę. To jedyny w swoim rodzaju kompakt, w którym wielbimy Boga, uczymy się dziękować, przepraszamy, prosimy. Czysta pedagogika modlitwy. Nie wiesz jak się modlić? Wstąp na Eucharystię. Jej logika cię poprowadzi.

Przychodzimy więc na Eucharystię i stajemy na linii ja – Bóg. Jednak cała akcja liturgiczna łączy nas z bliższymi i dalszymi wierzącymi. Znamy to? W końcu każdy szedł „do bierzmowania”. To właśnie schemat Krzyża, znak naszej wiary. Dodatkowo liturgia daje możliwość wsłuchania się w Słowo Boże. Znajdzie się chwila na homilię prowadzącą przez to Słowo. Potem jeszcze energiczne wyznanie wiary. I najważniejsze: na słowo kapłana Bóg staje pomiędzy nami. Ciekawe, kto kogo przyjmuje? My – JEGO? Czy ON nas? Czy to nie dość dynamiczne? Może nuda wypływa stąd, że nigdy tak naprawdę nie słuchaliśmy tego, co wypowiadamy poprzez liturgię? Modlitwa Kościoła brzmi nawet wówczas, kiedy dobijają nas kłopoty. Kiedy nie ma w nas siły, by otworzyć usta. Kościół modli się naszymi ustami. Schemat daje oparcie. Do momentu, kiedy otworzą się nasze oczy i znów będziemy mogli robić to sami. Świadomie. Spontanicznie.

Jak u mamy.

Kiedy jest się dzieckiem, często narzeka się na swój dom, na rodziców. Na zbyt wysokie wymagania i sztywne granice. Dzieciaki reagują płaczem, gdy mama zabroni dłużej pozostać na podwórku. Nastolatki buntują się, gdy słyszą: „masz być w domu o dwudziestej drugiej…”. Nakazy, zakazy. Wolno, nie wolno. Z czasem jednak następuje odejście z domu. Młody człowiek układa sobie życie. Znajduje swoja drogę, która jest mniej lub bardziej prosta. I wtedy niespodziewanie odkrywa, że miło jest wrócić do domu dzieciństwa. Do zasad, które się nie zmieniły. Do rodzinnej Wigilii i Pasterki. Do opłatka i życzeń przy wspólnym stole.

Podobnie bywa, gdy po życiowych perypetiach odkrywamy potrzebę ponownego zaufania Bogu. Przychodzimy wtedy „do kościoła”. Co zastajemy? Dobrze znaną Mszę świętą. Spokojną i stabilną. Bezpieczną i zrozumiałą. Pełną treści. Przede wszystkim jednak znajdujemy konfesjonał. I choćby kosztowało to wiele, słowa „ja odpuszczam tobie grzechy…”, zawsze te same, niespodziewanie powodują wzrost, uwolnienie. Cud zachodzi po cichu, niemal monotonnie.

Utarta droga

Często łapię się na tym, że nie potrafię świadomie wypowiedzieć Wyznania Wiary, popularnego Credo. W czasie Mszy świętej podążam za głosem kapłana i … mój mózg się wyłącza. Klepię. Nagle głos w mikrofonie cichnie i inne głosy tracą pewność siebie. Nie wiemy, co dalej. Nie zacytujemy na wyrywki fragmentu. Jak to miało być?

Słyszałam w autobusie dialog dwojga ludzi. Rozmawiali o sprawach życiowych. Głos pierwszy powiedział:
-Mówią, że “cokolwiek chcecie, żeby ludzie wam czynili i wy im czyńcie…”. Głos drugi dał się ponieść refleksji.
– Czekaj, kto to powiedział?…
Na to głos pierwszy:
– Jakiś papież albo inny Mickiewicz.

Dialog niestety autentyczny. Słowa należą do Jezusa i przekazał je nam Ewangelista Mateusz (Mt 7, 12). I nie wiadomo czy cieszyć się, że są tak popularne, czy też martwić, że już nie kojarzą nam się ze Słowem Bożym.

Religijność chodzi utartymi koleinami. Problem w tym, że często mylimy religijność z wiarą. Wędrujemy swoimi dróżkami. Sami tworzymy schemat, w którym grzęźniemy. Modlimy się, ale modlitwa nas nie rozwija. Idziemy na Eucharystię i ledwie możemy się skoncentrować. Odbywamy swoje „obowiązki”. Człowiek bezpiecznie czuje się w powtarzaniu. Zrobił, co trzeba.

Kościół też oferuje nam koleiny. Solidny tor na potężnym nasypie. Święte gotowce, Drogę Roku liturgicznego na mocnej podbudowie Tradycji. I tylko na początku wydaje nam się, że to męczący schemat. Powtarzalny kalendarz to interaktywne „Wierzę”. Tradycja Kościoła, znane i nieznane modlitwy, szkoły duchowości pozwalają ruszyć z miejsca. Uruchomić usta do spotkania z Bogiem, aby na końcu drogi spotkał się z Nim nasze serce.

I jeszcze dwa gotowce – giganty. Eucharystia i Słowo Boże. Tak znane, że aż niezauważane na co dzień. A to one sprawiają, że „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” ( Dz 17, 28). Może warto zmienić schemat? Zauważyć i docenić, co mamy.

Małgorzata Rams

od redakcji Theofeela: Tekst Małgorzaty został wyróżniony w naszym konkursie “Bóg działa w codzienności” w kategorii artykuł/felieton. GRATULUJEMY!

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *