Scroll to top
© 2021, Theofeel

Nie wiem, czy kiedykolwiek wam się to przytrafiło, ale ja co najmniej raz byłam świadkiem takiego wydarzenia lub jego uczestnikiem. Wyobraźcie sobie: są święta Bożego Narodzenia albo urodziny, taki dzień, na który długo się czeka. Dziecięce oczy z niecierpliwością wypatrują prezentu, potem jak najszybciej zrywają kolorowy papier i rozplątują wstążki, aż w końcu ich oczom ukazuje się wymarzona zabawka. To na to właśnie czekali! Z przejęciem i zaangażowaniem oglądają wyśnione autko wyścigowe czy lalkę „taką samą jak ma Basia z przedszkola”. Próbują uruchomić zabawkę, po czym z nadzieją patrzą w stronę ofiarodawcy, który dopiero w tym momencie uświadamia sobie, że zapomniał o… zakupie baterii. Czasem następują potem nerwowe próby dopasowania ich z innego sprzętu, ba! – można nawet poświęcić pilota do telewizora. Ale jeśli to się nie udaje, a mamy dajmy na to Wigilię Bożego Narodzenia i sklepy zamknięte przez najbliższe dwa dni, to zamiast radości w dziecięcych oczach, możemy dostrzec rozczarowanie. Zabawka jest, owszem. Jest taka, jak ją sobie wymarzyli, wspaniała. I jednocześnie bezużyteczna.

Macie czasem takie wrażenie? Jest dobrze. Jest super, a przynajmniej powinno być. Część rzeczy na liście marzeń do spełnienia można już wykreślić, do innych konsekwentnie się dąży; w życiu jest raz lepiej, raz gorzej, ale ogólnie przyzwoicie. A jednak coś nie gra. Coś nie smakuje tak, jak powinno. Brakuje czegoś, co aż głupio mi porównywać do baterii potrzebnej do uruchomienia zabawki, bo dużo lepszym obrazem byłoby po prostu serce. Brakuje jednego Ważnego Elementu, bez którego cała reszta jest tylko zwyczajną zbieraniną części, które owszem, pasują do siebie, lecz nie tworzą całości.

Do odnalezienia tego elementu prowadzą różne drogi, w różnych miejscach spotykamy też obietnice (ba, czasem wręcz gwarancje) znalezienia spełnienia, sensu, szczęścia. Specjaliści od reklamy nigdy nie przestaną nas zapewniać, że poczujemy się w końcu spełnieni, gdy kupimy produkt X lub Y, względnie wybierzemy wyjazd wakacyjny lepszy od tego, na jaki stać naszego sąsiada. Szukamy też na własną rękę, intuicyjnie kierując się tam, gdzie będzie szansa na nasycenie głodu akceptacji i uznania w oczach innych. I udaje się na jakiś czas zyskać coś, co staje się siłą napędową dla życia – mniej lub bardziej efektywny substytut. Coś, co można dość łatwo znaleźć, co nie wymaga zbyt intensywnego wysiłku i co zawsze – naprawdę zawsze – w którymś momencie przestaje pomagać.

Skłamałabym mówiąc, że to mnie nie dotyczy. Niestety, na błędach uczę się bardzo powoli i nagminnie potykam się w tych samych miejscach. Przerażona głodem, który odczuwam, staram się go oszukać pierwszą lepszą namiastką, a w poszukiwaniu szczęścia sięgam po to, co jest pod ręką, nie patrząc czy to jest naprawdę to, czego chcę. A potem, po jakimś czasie i kolejnym rozczarowaniu, wracam do tego, co było największym okryciem mojego życia, czyli…

… do doświadczenia tego, że nie jestem sama.

Przekonanie o istnieniu Bogu było dla mnie pierwszym krokiem w podróży, którą mogę nazwać Udanym Poszukiwaniem Mojego Najważniejszego Elementu. Wiele osób zatrzymuje się w tym miejscu, bo życie z przekonaniem istnienia Siły Wyższej jest w sumie wygodne. Zyskujesz w jakimś sensie swój bufor bezpieczeństwa, bo nie musisz już na przykład myśleć o śmierci jak o wielkiej niewiadomej, a jednocześnie nikt nie każe ci latać co tydzień do kościoła czy recytować przykazań.

Proste. McWiara w McŚwiecie, możesz wybrać co chcesz z menu.

I tak się zdarzyło, że mi jakimś cudem trafił się zestaw powiększony.

Zestaw powiększony o doświadczenie tego, że Stwórca naprawdę interesuje się moim życiem i chce mojego dobra. Fajne, nie? A jednak najlepsze było dopiero przede mną. Bo moim kolejnym odkryciem był fakt, że to nic innego jak miłość jest tym Najważniejszym Elementem, nadającym sens nawet temu, co jest moim wewnętrznym bałaganem. Miłość, której daleko do dzieł poetów, a bardzo blisko do życiowego konkretu. Miłość konkretna. Miłość o konkretnym imieniu: Jezus.

O tym, w jaki sposób Jezus Chrystus zmienia moje życie mogłabym napisać książkę. W dodatku kilku tomach. … Tylko po co? Jeśli Ty dopiero szukasz swojej definicji szczęścia, swojego Najważniejszego Elementu, to moje słowa pomogą Ci w niewielkim stopniu. To jest taka podróż, w którą trzeba się wybrać samodzielnie, a w której wiele osób kończy jedynie na przeczytaniu kilku przewodników podpisanych nazwiskami znanych kaznodziejów.

Ja wiem jedno: od czasu, kiedy Jezus jest w moim życiu, nie muszę martwić się o to, czy moje wewnętrzne baterie są naładowane na tyle, by udźwignąć wyzwania kolejnego dnia. Od kiedy Najważniejszy Element mojego życia jest na właściwym miejscu, wszystko układa się w harmonijną całość. A podróż, do której Jezus mnie zaprasza, jest naprawdę nieziemską przygodą. I w dodatku to wyprawa na całe życie.

Wieczne.

Majka Moller

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *