Bóg mojego dzieciństwa #4 - główna nagroda

Ranek, pobudka o 7:00, może wcześniej. Każdy gdzieś pędzi. Mama przygotowuje się do wyjścia, tata już na podwórzu, coś robi… Babcia na nogach chyba już od 5:00 lub 6:00. Odprawione godzinki, przygotowane dla nas śniadanie – dla mnie i dla brata, choć bardzo mało jadaliśmy (oj czasy się zmieniły). Biegniemy z bratem do łazienki. Już nawet nie pamiętam, czy próbujemy wspólnie okupować jeden kran, czy każdy łapie się pierwszego wolnego (był jeszcze kran w kuchni). Wszystko „szybko”. Minuty mijają, o 8:00 zaczynają się lekcje. Pan, który nas podwozi (kilkoro ojców na zmianę woziło grupkę dzieci autem do szkoły), ma przyjechać za parę minut. Nie może czekać.

„W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego ...” – klękamy z Babcią przed obrazem Jezusa Miłosiernego. „Ojcze nasz (…)”, „Zdrowaś Mario (…)”, „Wierzę w Boga (…)” i jeszcze parę innych modlitw. Razem „troszkę” tego było. Ale taka poranna modlitwa była jak orzeźwienie, jak „zbrojenie się” w najlepszą tarczę, jaka może istnieć, przed nadchodzącym dniem. Od modlitwy zaczynało się dzień, była czymś oczywistym, była obowiązkiem. Niezależnie, czy chodziło się do szkoły, czy były wakacje. W sumie nie wyobrażałabym sobie (dzięki tamtemu doświadczeniu, nie wyobrażam sobie tego także dziś), że można inaczej. Może ktoś powie: klepanie formułek, teraz się inaczej modli. Może tak…, może jest w tym część racji, jednak dziecko potrzebuje pewnych szablonów, punktów odniesienia, wzorów modlitwy, zanim samo zacznie modlić się swoimi słowami, na swój własny sposób. Dlatego właśnie „formułki” były potrzebne. Ponadto: ćwiczyły pamięć, wyrabiały pewien nawyk, który w mniej lub bardziej podobnej formie pozostał mi do dziś. Poranna modlitwa uczyła tego, co robili pierwsi chrześcijanie (oraz nie-chrześcijanie, tylko swoim „bogom”), oddawania Bogu chwały i czci o brzasku wschodzącego słońca – oddawania jej Temu, który wszystko stworzył, stwarza i jest Wszystkim, powierzania mu całego swego dnia, wszystkiego, co w nadchodzących godzinach mielibyśmy przeżywać, robić, myśleć. Była to forma wyrażenia chęci „bycia z Nim”, jednocześnie prośba, by On także był z nami przez cały ten dzień, we wszystkim. Dopiero tak opancerzonym, można było ruszać w świat.

Obraz Boga w latach dziecinnych ukształtowała mi moja Babcia. Oczywistym jest, że dziecko uczy się przez naśladowanie, obserwację. Ze mną nie było inaczej. Jej życie, jej cierpienie, cierpliwość, z jaką je znosiła, oddawanie tego cierpienia w konkretnej intencji, jej miłość do innych, umiejętność wybaczania… Całą swą osobą dawała przykład tego, iż Bóg istnieje i działa. Bardzo często się słyszy, że chrześcijanin powinien być przykładem dla innych, powinien wyrażać swą wiarę przez konkretne uczynki. Taka była moja Babcia. Najlepszy i najdoskonalszy przykład, jaki osobiście znałam. Teraz mogę stwierdzić, że naprawdę jestem szczęśliwym człowiekiem, że mogłam być blisko takiej osoby, z nią przebywać. Gdy widzę ludzi, którzy nie mieli podobnych wzorców w domu i teraz muszą (bo oczywiście chcą) Boga poszukiwać, wtedy tak bardzo doceniam to, co dostałam (oczywiście nie chodzi mi w tym momencie o jakąś chęć wywyższenia się, przechwalenia, ale o wdzięczność za ten dar, piękny dar).

W ciągu dnia działo się wiele rzeczy, jak i teraz. Ze spraw bardzo zwykłych, codziennych, takich uczniowskich, pamiętam jak Babcia zawsze powtarzała: pomódl się „w duchu”, po cichu, nie musisz na głos, pomódl się do Ducha Św. przed sprawdzianem, w jego trakcie, gdy coś się dzieje, On Ci pomoże. Tak było. Choć oczywiście „ … z próżnego i Salomon nie naleje”, więc trzeba było być przygotowanym, ale dopiero z pomocą Ducha, można było lepiej zdobytą wiedzę „wykorzystać”.

W tej chwili jestem wdzięczna Bogu, że postawił obok mnie tak wspaniałe ludzkie przykłady, świadczące o Nim.

Katarzyna Prudlik