Bóg mojego dzieciństwa #5 - główna nagroda

Był ukryty. Chował swą twarz w drobnych rzeczach. W codzienności dzieciństwa szalonego i skomplikowanego jednocześnie.

Był ze mną, gdy czekałam na Mamę wracającą z pracy na przedszkolnych schodach, pilnując porządku... jak strażnik Teksasu. Zbiegałam po schodach, rzucałam w ramiona i mówiłam: „Nareszcie”.

Był na spacerze – zwłaszcza wtedy, gdy mogłam założyć ulubioną spódnicę w czerwone maki, uszytą przez Mamę; głośno śpiewać wymyślone naprędce piosenki, jak Maryla czy Seweryn.

Był ze mną nawet – może zwłaszcza - w ławce na nabożeństwie majowym. W obrazkach chowanych do książeczki lub wymienianych z koleżankami. Siedział obok, nawet gdy trochę plotkowałyśmy - a to z Magdą, a to Beatą czy Renatą. Wtedy był najdłużej. Trochę nas pilnował. Czasem uspokajał cichym szeptem starszej pani.

Zawsze mogłam odwiedzić Go w każdej chwili. Mieszkamy bardzo blisko siebie. Codziennie mijam jego oficjalny dom, czyli kościół. Zdarzało się, że po dłuższej wizycie pozostawał na noc i wtedy czuwał nad całą rodziną w sposób szczególny. Zwłaszcza gdy chorowaliśmy.

Najmocniej czułam Jego obecność w chwilach smutku i złości. Ten  pierwszy najmocniej odczuwałam, gdy Mama szła do pracy. Wiedział, że tego nie lubię, dlatego pozwalał na chwilę spotkania tuż po powrocie ze szkoły. Zawsze się udawało. Złapać, ucałować w policzek. Po prostu dotknąć.

Zdarzało się - i owszem- że pogroził palcem, a jakże. Ale tego za dobrze nie pamiętam. Nie strofował jednak, tylko czekał aż przejdzie zły humor.

Mój Bóg – Bóg mojego dzieciństwa przemawiał codziennie czułością Miriam – mojej Mamy odkąd w szpitalu pw. św. Józefa przyjął mnie z otwartymi ramionami.

Choć ja jeszcze nic o tym nie wiedziałam. Oboje to wymyślili. Myślę, że dobrze.

Ewa Kazula