Miliony ludzi, miliony słów

 

Jak to jest? Żyję już trochę na tym świecie i pewne fragmenty Ewangelii znam prawie na pamięć, a jednak zdarza się, że nagle odbieram je zupełnie inaczej…

Znacie historię o kobiecie cierpiącej na krwotok (Mk 5,21-43)? Zapewne. Ja też znam i to od dawna. A jednak nagle, zupełnie dla mnie niespodziewanie odkryłam w niej coś nowego. Zresztą nie tyle nowego, co zaskakującego. Odnalazłam w tej Ewangelii odpowiedź na pytanie sprzed lat.

Kiedy byłam małą dziewczynką uczono mnie, że kiedy się modlę, to Pan Bóg słyszy każde moje słowo. Nie mogłam wtedy pojąć, jak to jest możliwe. Przecież często w jednym momencie modli się wiele osób. Nawet biorąc pod uwagę tylko nasze ówczesne lekcje religii - nie modliłam się sama. Razem ze mną modliła się moja koleżanka, kolega i kochana siostra katechetka. Każdy z nas miał swoje intymne prośby. Każdy inne, każdy mówił je w tym samym momencie i Bóg miał nas usłyszeć? Jak? Przecież robiliśmy szum, wysyłaliśmy masę słów i myśli… A jeśli w tym samym czasie modlili się jeszcze inni? Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, kilkaset, kilka milionów osób? Jak to możliwe, żeby Bóg usłyszał właśnie mnie?

Wierzyłam siostrze, ale mój mały rozumek (niewiele chyba wówczas większy od rozumku Kubusia Puchatka), nie umiał sobie z tym poradzić. Przyjęłam wtedy jedyną możliwą drogę - zaufania w jej słowa. Zaprzestałam rozmyślań na ten temat. Ale on wrócił. Przypomniał o sobie po wielu latach, właśnie za sprawą wspomnianego wcześniej fragmentu Ewangelii św. Marka.

Zawsze myślałam, że jego przesłaniem jest cud uzdrowienia, wraz z siłą wiary i odwagą cierpiącej kobiety. Znamienne słowa Pana Jezusa „Córko, twoja wiara cię ocaliła…”, kierowały moje myśli w stronę całkowitego przekonania o tym, że moja wiara musi być równie silna. Muszę brać przykład z tej chorej kobiety – wierzyć, ufać, a wtedy stanie się cud. Tak to głównie pojmowałam, szczerze ufając w słuszność moich odczuć.

A jednak… [Jezus] zapytał: „Kto się dotknął mojego płaszcza?”. Odpowiedzieli mu uczniowie: „Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: kto mnie dotknął?”. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła.

Parafrazując – Jezus zapytał: „Kto zanosi do mnie tę modlitwę?”. I wiedząc, że tak naprawdę modlą się tłumy, to wśród wszystkich ludzi szukał tej, która to uczyniła.

Tak.. mogą być nas miliony, może być wielki tłum cisnących się do Niego, pukających, proszących, czy też dziękujących albo uwielbiających. To nie jest w ogóle ważne. Ważne jest to, że jestem ja. On zawsze usłyszy w tym szumie i zgiełku mnie. Ale również Ciebie – każdego z nas. Dla Niego nie ma milionów, tłumów, ludzkich mas. Jest pojedynczy człowiek. Nie muszę się bać tego, że ktoś się modli głośniej, szybciej, lepiej. On zawsze, w tłumie i wśród mnogości słów, znajdzie i usłyszy mnie. To jest właśnie odpowiedź na moje dziecięce rozterki.

Dorota Palacz