Bóg działa w codzienności

 

Jakiś czas temu usłyszałam na kazaniu zdanie, które bardzo mnie zaintrygowało, a mianowicie: „Współczesny człowiek nie wierzy, współczesny człowiek wie.” Niby nic skomplikowanego, kilka prostych słów, ale jakże trafnie diagnozujących czasy, w których przyszło nam żyć…

Jako nauczycielka nieustannie obserwuję ludzi, analizuję ich zachowania i wysnuwam mniej lub bardziej optymistyczne wnioski – typowe „skrzywienie” pedagogiczne. Wracając jednak do tematu. Okazuje się, że zdecydowana większość społeczeństwa alergicznie reaguje na słowo „Bóg” i nie jest w stanie (a raczej nie chce!) dostrzec Jego działania w pozornie szarej codzienności.

Współczesny świat odarty jest z sacrum – hołduje się nauce, potędze rozumu i tak zwanemu „zdrowemu rozsądkowi”. Nieustannie ktoś mi dogryza: „Daj spokój, to czysty przypadek.” albo „A ty co? W cuda wierzysz? To tylko zbieg okoliczności!” Czyżby?

Jestem osobą o niezwykle wrażliwej duszy i nieustannie pracującą nad swoim charakterem, więc często wspominam swoją przeszłość, cofam się do różnych wydarzeń z mojego życia zwracając szczególną uwagę na jego przełomowe momenty. Ktoś może się śmiać i drwić, że to starta czasu, że zamiast skupić się na „tu i teraz” żyję jakimiś wspomnieniami. Nie należy jednak mylić analizowania swojej przeszłości ze zwykłym sentymentalizmem lub użalaniem się nad sobą. Wracanie pamięcią do tego, co było jest niezbędne, by zrozumieć sens swojej egzystencji, by odkryć działanie Boga w codzienności.

Miałam tak zwane „trudne dzieciństwo”. Moja osobowość, delikatnie mówiąc, nie przypadła do gustu rówieśnikom. Prawie nikt nie zaakceptował nieśmiałej, cichej, wiecznie zamyślonej i zaczytanej dziewczynki. Nawet nauczyciele wyśmiewali się ze mnie pozostawiając w moim sercu głębokie rany, które dopiero niedawno zaczęły się goić. Blizny pozostaną jednak na zawsze…

Myli się ten, kto sądzi, że Bóg przestał się mną interesować i pozwolił mi zatracić się w rozpaczy i poczuciu osamotnienia, bowiem każdego roku pojawiała się w klasie jedna dobra dusza, która drobnymi gestami dawała mi do zrozumienia, że się liczę, że jestem czegoś warta, że w ogóle istnieję… Chodzi o z pozoru błahe sprawy – podzielenie się słodyczami, przyjazny uśmiech, liścik z komplementem itp. Intrygujący jest fakt, że taka osoba uczęszczała do mojej grupy maksymalnie do końca roku szkolnego, a potem, z takich przyczyn jak np. przeprowadzka- odchodziła. Jak nie trudno się domyślić, byłam załamana, bo przecież „mój anioł mnie opuścił.” Jednak ku mojemu zaskoczeniu, we wrześniu zawsze przychodził jakiś nowy uczeń, który przejmował rolę swego poprzednika…. Przypadek?

Odnoszę wrażenie, że Bóg chciał mi przez to udowodnić, że zawsze znajdzie się jeden sprawiedliwy, że niezależnie od tego, jak bardzo dramatyczna wydaje się nam sytuacja, której akurat musimy stawić czoła, On nieustannie ma wszystko pod kontrolą i dokona czegoś na pierwszy rzut oka mało prawdopodobnego lub wręcz niemożliwego. Trzeba jednak otworzyć się na Tajemnicę…

Nie istnieje coś takiego jak „zbieg okoliczności” czy „przypadkowe spotkanie”. Każdy człowiek, który staje na naszej drodze życia ma do spełnienia jakieś zadanie wobec nas. Czasami musimy zmierzyć się z kimś o trudnym charakterze, ale nawet taka osoba może doprowadzić nas na wyższy stopień duchowego rozwoju. Warto sobie postawić następujące pytania: „Jakie wady muszę w sobie pokonać, by pomóc temu człowiekowi?”, „Dlaczego jest mi dane spotkać właśnie jego?”

Jestem przekonana, że każdy z nas miał w swoim życiu okazję poznać przynajmniej jednego człowieka będącego autorytetem, czyli kogoś o wspaniałej osobowości, kogoś, kto stał się dla nas inspiracją, drogowskazem, przez co udało nam się zmienić całe nasze życie, albo choćby jakąś malutką, najmniejszą nawet jego część.

Pierwszymi autorytetami stały się dla mnie wspomniane już dzieci, które za pomocą płynących prosto z serca gestów podnosiły mnie na duchu. Również moją mamę postrzegałam jako kogoś nadzwyczaj wartościowego. To ona nauczyła mnie modlitwy, to ona prowadziła mnie w niedzielę i w tygodniu do kościoła, to dzięki niej poznałam wspaniałych ludzi z mojej parafii, którzy dodawali mi otuchy i wiary w siebie i którzy potrafili pięknie mówić o Bogu.

Nie będę oryginalna – dojrzewanie było najtrudniejszym i najbardziej dramatycznym okresem w moim dotychczasowym życiu. Porzucona przez „przyjaciółkę” postanowiłam nigdy więcej nie zaufać drugiemu człowiekowi. W bliźnim zaczęłam dostrzegać jedynie zło, a Pana Boga obwiniać za wszystkie krzywdy, jakich doznałam. Mój pobyt w liceum ograniczał się tylko i wyłącznie do zdobywania wiedzy. Poza rodziną nie miałam żadnych bliskich mi osób, dlatego utraciłam zdolność nawiązywania kontaktów oraz wszelkie inne umiejętności społeczne. Popadłam w depresję, zatraciłam się w autodestrukcji…

Ktoś może ironicznie zapytać – „No i gdzie się podział ten twój Bóg?” Spokojnie. On nieustannie mnie wspierał posługując się osobami zajmującymi różne stanowiska. Wśród nich znaleźli się przede wszystkim lekarze, nauczyciele i księża. Miałam okazję poznać prawdziwych profesjonalistów, ludzi oddanych swemu powołaniu, którzy dostrzegają sens życia, opowiadają się za dobrem, prawdą i pięknem, którym los bliźniego nie jest obojętny.

Doprawdy, oni nie mieli żadnych korzyści z tego, że mi pomagali. Z własnej woli poświęcali swój czas i swoje siły właśnie mnie – zwyczajnej, zagubionej dziewczynie. Robili wszystko, co w ich mocy, abym odzyskała człowieczeństwo, które straciłam na własne życzenie. A przecież mogliby powiedzieć: „Sama jest sobie winna. Niech teraz pije to piwo, którego nawarzyła.” Nie postąpili jednak w ten sposób – walczyli o mnie tak długo, aż odnieśli zwycięstwo. Czy nie jest to swego rodzaju cud?

W dalszym ciągu trudno mi uwierzyć, że obcy ludzie obdarzyli mnie tak wielką i bezinteresowną miłością, że naprawdę byłam (i założę się, że wciąż jestem) dla nich kimś ważnym. Urzekli mnie swoim wewnętrznym pięknem. Coś się we mnie poruszyło… Moja skorupa zaczęła powoli pękać, aż nadszedł taki moment, że nie pozostało po niej ani śladu.

Tym momentem było ujrzenie pewnej osoby, która natychmiast mnie zaintrygowała, ponieważ dostrzegłam w niej szlachetność i przede wszystkim pobożność. Przymioty te tak bardzo mnie ujęły, że powiedziałam sobie: “Pragnę być tak dobra i wierząca jak ten człowiek”.

W ten oto sposób rozpoczął się najpiękniejszy etap w moim życiu. To właśnie wtedy pogodziłam się z Panem Bogiem, sięgnęłam po Pismo Święte, zakochałam się w adoracji Najświętszego Sakramentu, zainteresowałam się teologią… Robi mi się ciepło na sercu, gdy wspominam poranki, podczas których odkrywałam piękno i moc Słowa Bożego oraz wieczory, które spędzałam na lekturze jakiejś pobożnej książki. Zaczęłam czuć potworne wręcz obrzydzenie do osoby, jaką byłam jeszcze niedawno. Zrozumiałam, że albo dam się porwać Panu Bogu i pozwolę Mu przemienić swoje życie albo stoczę się na samo dno.

Bez zastanowienia przyjęłam zaproszenie Boga, by w pełni stać się Jego uczniem, Jego apostołem. Wszelkie rozważania były zupełnie zbędne. Kto raz doświadczył piękna pełnego zaangażowania się w Kościół, ten wie, o czym mówię. Miałam wrażenie, że narodziłam się na nowo. Po ponad pięciu latach zmagania się z depresją, na mojej twarzy znowu pojawił się uśmiech.

Kim byłabym teraz, gdybym nie spotkała wtedy tej osoby? Najzabawniejsze jest to, że tylko jeden raz miałam okazję z nią porozmawiać. W dodatku, dialog ten trwał niecałe dwie minuty… Nasza “relacja” nie miała szansy, by się rozwinąć. Wierzę jednak, że właśnie tak miało się stać. Jej zadaniem było doprowadzenie mnie do metanoi, czyli wewnętrznego odrodzenia, polegającego na zmianie sposobu myślenia, a w konsekwencji na przemianie dotychczasowego stylu życia.

Gdy patrzę wstecz, to okazuje się, że wszystkie zdarzenia układają się w sensowną całość – zupełnie jak puzzle. Tak się dzieje oczywiście nie tylko w moim przypadku. Moi znajomi z zaskoczeniem odkryli, że mam rację… Okazuje się, że każdy, nawet najdrobniejszy epizod w naszym życiu miał swoje znaczenie, miał w sobie, że tak to określę, „Bożą magię”. Czy potrafimy ją dostrzec?

Bóg nieustannie mnie szukał, zapraszał do prawdziwej, głębokiej relacji z Nim. Gdybym nie była wrażliwa na to, co się dzieje wokół mnie, gdybym nie potrafiła wyczuwać, że zdarzenia, które mnie spotykają, są czymś niezwykłym, nie rozwinęłabym w sobie dojrzałej wiary w Pana. A nawet jeśli, to nie stałoby się to tak szybko. W dalszym ciągu byłabym kimś „człekopodobnym”. Wszystkie szlachetne osoby, które spotkałam, postrzegam dziś jako aniołów, wysłanników Boga, dzięki którym odnalazłam wewnętrzne piękno nie tylko w drugim człowieku, ale także w sobie.

Nasuwa się jednak pytanie: dlaczego otwarcie się na Boga, na sacrum ukryte w naszej codzienności jest takie trudne? Wydaje mi się, że problem stanowi nasze poczucie dumy. Abyśmy mogli dostrzec wielkość Boga i Jego działanie we wszystkich aspektach naszego życia musimy uznać własną kruchość i niedoskonałość, stanąć przed sobą w prawdzie. Innymi słowy powinniśmy być ludźmi pokornymi. Warto się jednak umniejszyć…

Iwona Płotka

 

od redakcji Theofeela: Tekst Iwony został wyróżniony w naszym konkursie "Bóg działa w codzienności" w kategorii świadectwo. GRATULUJEMY!