Bóg i 100 moich pomysłów na życie

 

Od wieloletniego letargu do cudownego przebudzenia – tak w skrócie mogę opisać zmagania z… samym sobą. Gdyby nie Boska interwencja, moja historia byłaby daleka od klasycznego, a jakże dzisiaj pożądanego, happy endu. To, że piszę te słowa, też nie jest dziełem przypadku, ale wszystko po kolei…

Na początku była… ciemność. Ciemność życia, w której – jak mi się przynajmniej wydawało – jest wszystko poza Bogiem. Dlaczego? Ponieważ jeszcze kilka lat temu wypełniałem swoje duchowe „powinności” bardziej na zasadzie rutyny i wyniesionego z domu przyzwyczajenia, niż z rzeczywistej potrzeby serca. Podobnie było z cotygodniowym uczestnictwem w Mszy św. – w kościele byłem obecny ciałem, ale moje myśli podążały w bliżej nieokreślonym kierunku. Zmuszałem się nawet do w miarę regularnej modlitwy, chociaż nie umiem sobie odpowiedzieć, dlaczego to robiłem. Siła nawyku? Cóż, moje losy potoczyły się w ten sposób i mogły tak trwać przez kolejne lata, gdyby nie zrządzenie losu, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że przypadki nie istnieją.

Kiedy przeleje się czara goryczy

17 marca 2013 r., postępując wbrew dotychczasowemu schematowi, nie wybrałem się na niedzielną Mszę św. Z zamyślenia towarzyszącego mi w czasie porannej krzątaniny po domu, wyrwały mnie słowa pochodzące z transmitowanej w radiu liturgii: brak miłości oznacza lęk i brak obecności Boga w życiu człowieka. Ten przekaz – jakże trafnie opisujący moje życie – stał się tzn. punktem zwrotnym w dotychczasowej egzystencji. Uświadomił mi, w czym tak naprawdę tkwi sedno mojego problemu. Było nim odsunięcie się od Boga i brak pomysłu na to, w którym kierunku podążyć, no i na dodatek dookoła mnie była ta obezwładniająca ciemność. Sytuacja nieciekawa, nieco z pokroju tych beznadziejnych, ale Siła Wyższa zaczęła wysyłać mi sygnały, które stopniowo rozjaśniały moją codzienność. Pierwszy z nich był impulsem do powrotu na łono Kościoła, który dokonał się poprzez rozrachunek z dotychczasowym życiem w sakramencie spowiedzi. Pierwszy raz po kilku latach stawiłem się przed konfesjonałem i zrzuciłem z siebie bagaż, który z wiadomym sobie uporem niosłem na swoich barkach. Kapłan, „uszczęśliwiony” moim wyznaniem, nie bardzo wiedział, co ma z tym wszystkim zrobić. Przyznaję, że jego reakcja mi nie pomogła, zwłaszcza że spodziewałem się przypływu „cudownego” poczucia katharsis, które zdejmie ze mnie wszelkie troski. Oczekiwanie dosyć karkołomne, niemniej pierwszy krok został przeze mnie wykonany. Dalej mogło być już tylko… lepiej? Chyba tego się spodziewałem, niemniej musiałem jeszcze wiele się poobijać zanim zrozumiałem, co tak na dobrą sprawę powinienem czynić, a czego unikać jak ognia.

Weź się w garść i zacznij wszystko od nowa!

Drogi Jezu, działaj w moim życiu… Potrzebuję Twojej obecności… Daj mi siłę, by walczyć o siebie… ALE… Boję się oddać Tobie całkowitą kontrolę, ponieważ będzie to oznaczało, że postawisz przede mną te wszystkie wyzwania, z którymi sobie nie poradzę. Bo przecież otwartość na Ciebie oznacza zaakceptowanie Twojej woli, Twojego planu wobec mnie. Ja się tego lękam i chcę działać w wolności, aby uniknąć tego, przed czym uciekam. Możesz mnie wspierać i dawać siły, lecz nie zsyłaj tego, co mnie pogrąży.

Taką modlitwę odmawiałem średnio co kilka tygodni, kiedy kolejny mój pomysł na siebie okazywał się przysłowiowym niewypałem. Niby wiedziałem, czego nie robić, jednak nie potrafiłem wykorzystać tej wiedzy, by stworzyć idealny (a przy tym bezpieczny) plan działania. Upadałem raz, drugi, trzeci, dziesiąty, dwudziesty, a pewnie i setny. To było szalenie frustrujące, zwłaszcza, że za każdym razem wzburzała się we mnie fala złości i towarzyszyło mi poczucie opuszczenia przez Boga. Fakt faktem – ta relacja była naznaczona samotnością, tyle że to ja obrażałem się na Stwórcę, a nie odwrotnie.

Niech się dzieje Twoja wola.

Blisko trzy lata później, klęcząc przed Monstrancją z Najświętszym Sakramentem w czasie Mszy z modlitwą uwielbienia, zacząłem (wreszcie) szczerze otwierać serce przed Jezusem, zapraszając Go do siebie i prosząc o wsparcie. Oczywiście lęk przed zesłaniem egipskich plag pozostał, jednak ostatecznie oddałem siebie pod Jego władanie. Z tymże postanowieniem rozpocząłem kolejny tydzień. Okazało się, że Jezus niezwykle szybko powiedział sprawdzam cię i w mojej pracy powitało mnie 7 nieszczęść. Nie bardzo wiedząc, z której strony mam je „ugryźć”, w przypływie beznadziei, dosyć butnie zawołałem: Boże! Wczoraj oddałem się Tobie, więc teraz mi pomóż! Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że od biedy mogę to wołanie potraktować jako akt strzelisty, który – co najważniejsze – przyniósł zamierzony rezultat. Suchą stopą przeszedłem po wzburzonym jeziorze, po którym prowadził mnie właśnie On. Od tego momentu kontynuuję rezygnację z siebie, ze swoich zamierzeń, ponieważ wiem, że jest Ktoś, kto czuwa nade mną i chce dla mnie jak najlepiej. Skoro moich 100 pomysłów na życie nie zadziałało, to pewnie warto zaryzykować, prawda?

Jezus działa poprzez ludzi.

Właśnie. Moim „wiodącym” problemem była źle pojmowana niezależność, która nie pozwalała mi zgłosić się do kogoś po pomoc, ponieważ wychodziłem z założenia, że muszę poradzić sobie sam. Na szczęście i ten mur zaczął się powoli kruszyć, kiedy zacząłem znajdować wsparcie u odpowiednich ludzi.

Koleżanka z pracy, która jeszcze kilka miesięcy temu była mi właściwie obcą osobą, okazała się być gorącą „wielbicielką” Jezusa i to za jej pośrednictwem znalazłem się na Mszy św., podczas której wspólnie uwielbialiśmy Chrystusa. To ona podrzuciła mi moją ostatnią lekturę – „Dzienniczek” św. Siostry Faustyny zakupiony po tym, kiedy opowiedziałem jej, że w kościele po Mszy św. otrzymałem od obcego człowieka książeczkę poświęconą Miłosierdziu Bożemu, opartą na jej zapiskach. Przypadek? Nie… Kilka miesięcy temu przystąpiłem do grupy rekolekcyjnej, do której zanoszę swoje troski oraz problemy i gdzie wzrastam – także duchowo. Jakże cudownym przeżyciem była pierwsza wspólna modlitwa w czasie Mszy św. i adoracji! Nie chcę już kalkulować i zastanawiać się, co jeszcze może się wydarzyć, ponieważ jest Ktoś, kto lepiej ode mnie się na tym zna – Jezus.

Przemysław Sobolewski

 

od redakcji Theofeela: Tekst Przemka został wyróżniony w naszym konkursie "Bóg działa w codzienności" w kategorii świadectwo. GRATULUJEMY!