Oblicza miłosierdzia odc. 3 „Współczucie kanapowe”

 

Na naszej drodze miłosierdzia najważniejsze jest to, żeby okazać miłosierdzie bliźniemu, który jest najbliżej nas i którego spotykamy codziennie. Kiedy jednak nie ma obok nas głodnego, spragnionego i strapionego, możemy czuć się zaproszeni do tego, żeby wyjść z miłosierdziem poza nasze własne podwórko i dostrzec jak wielkie jest cierpienie świata. Papież Franciszek jest znany z tego, że wielokrotnie próbuje nas uwrażliwić na ubogich. Tym razem nie jest inaczej:

Ileż sytuacji niepewności i cierpienia jest obecnych w dzisiejszym świecie! Ileż ran na ciele wielu, którzy nie mają już więcej głosu, ponieważ ich krzyk osłabł i zgasł z powodu obojętności bogatych narodów. W tym Jubileuszu Kościół zostanie jeszcze bardziej wezwany do leczenia tych ran, do opatrywania ich oliwą pocieszenia, do przewiązywania miłosierdziem oraz do leczenia ich solidarnością i należną uwagą. Nie wpadajmy w obojętność, która upokarza, w przyzwyczajenie, które usypia ducha i nie pozwala odkryć nowości, w cynizm, który niszczy. Otwórzmy nasze oczy, aby dostrzec biedę świata, rany tak wielu braci i sióstr pozbawionych godności. Poczujmy się sprowokowani, słysząc ich wołanie o pomoc.

Jedna z Matek Generalnych Zgromadzenia Sacré Coeur, Helen McLaughlin, pisała kiedyś w swoim liście do sióstr o „współczuciu kanapowym”. To taki rodzaj współczucia, które okazujemy oglądając wiadomości o głodzie i wojnach, popijając gorącą herbatkę w ciepłych kapciach. Współczucie to niestety mija natychmiast po wyłączeniu telewizora lub zamknięciu zakładki w przeglądarce. W tym roku jesteśmy wezwani do tego, żeby zostawić nasz bezpieczny świat i pójść dalej. Może wyjść na ulicę do najuboższych? Może pomóc sąsiadom z osiedla zrobić zakupy? Może czegoś sobie odmówić i ofiarować potrzebującym? A może po prostu dać się dotknąć tym wydarzeniom, które już stały się dla nas powszednie i modlić się za tych, którzy tej modlitwy tak mocno potrzebują? Dziś form jest bardzo wiele i warto pytać Pana Boga gdzie konkretnie chce mnie posłać.

Kiedyś wierzyłam w powiedzenie, że „każdy jest kowalem własnego losu” i wydawało mi się, że jeśli ktoś znalazł się w jakimś położeniu, to w wyniku swoich własnych złych wyborów. Wystarczy jednak wyjechać poza Europę, aby się przekonać jak bardzo błędne jest to stwierdzenie. Dziś bardziej towarzyszą mi słowa św. Pawła: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” (1 Kor 4,7). Wszystko co dziś mam jest darem nie tylko od samego Boga, ale też od moich Rodziców, od tych, wśród których dane mi było wzrastać. Oczywiście mogę to zaprzepaścić swoimi wyborami, ale mogę też to pielęgnować i pomnażać. Nie każdy ma takie szczęście. Można nawet powiedzieć, że w skali świata bardzo niewielu… Niech więc nie opuszcza nas ogromna wdzięczność za każdą drobną rzecz, która dla nas jest oczywistością, a dla wielu największym marzeniem.

s. Ewa Bartosiewicz rscj