Klucz do miłości

 

Będę szczera – czasem naprawdę mi się nie chce. Nie chce się wstawać po raz kolejny w nocy. Nie chce się wstawać o świcie z poczuciem, że jedyne, co tak naprawdę ogarniam, to owsianka na śniadanie, a cała reszta spraw zaraz zwali mi się na głowę i przytłoczy. Nie chce mi się sprzątać kuchni po raz piąty tego samego dnia albo z uporem maniaka, i ciągle, i wciąż powtarzać, żeby za to sprzątanie zabrały się dzieci.

Są takie dni, gdy męczy mnie ślęczenie przez godzinę nad szkolną czytanką albo czekanie przez kilka minut na zawiązanie butów i hamowanie się, by w tym nie wyręczać. Męczy mnie smak jedzonych w pośpiechu wyrobów obiadopodobnych – bo ja wiem, że dobra gospodyni jest w stanie ogarnąć i dom, i pracę, i dzieci i dietę z Chodakowską, ale ja ogarniam co najwyżej pierogi z Biedronki (a dzieci na szczęście ogarnia stołówka).

Przychodzą takie chwile, kiedy marzę tylko o tym, żeby chociaż na dziesięć minut zapadła cisza. Żebym nie musiała co minutę podnosić, przynosić, nalewać, ścierać, przebierać, rozdzielać kłócących się albo występować w roli złego gliniarza, którzy mówi, że dziś za karę nie będzie dobranocki. Przychodzą takie chwile, kiedy to wszystko po prostu męczy.

W takich chwilach można uciec albo się zbuntować, można swoją frustrację wylać na otoczenie albo próbować ugryźć się w język, tłumiąc złość. Można też spróbować inaczej.

Każdy, kto ma chociażby podstawowe pojęcie o muzyce, wie, że istnieją w niej różne klucze (tak jak najbardziej popularne: wiolinowy i basowy). Ten sam znak na pięciolinii (która zawsze jest taka sama) zapisany w kluczu wiolinowym oznacza zupełnie inny dźwięk niż w kluczu basowym. Nie zmienia się nic – oprócz tego drobnego szczegółu jakim jest zapisany na samym początku klucz, w którym odczytuje się daną nutę.

To samo zmęczenie, zniechęcenie i poświęcanie się dla innych (tak! nie boję się tak tego sformułować) możemy odczytać według wielu różnych kluczy, które same stawiamy na początku naszego działania. W moim przypadku jest to często klucz: „należy mi się”. Klucz słuszny i po ludzku całkiem zrozumiały. Bo matce, wbrew pozorom i pomijając wielkie ideały, należy się to samo, co każdemu innemu człowiekowi: prawo do snu, zjedzenia choć raz na jakiś czas ciepłego obiadu, realizacji potrzeb i marzeń. Matce się to należy i kiedy matka tego przez dłuższy czas nie otrzymuje, ma prawo reagować frustracją. Zwłaszcza jeśli jest niewyspana. Znowu.

Jest jednak również inny klucz. Trudniejszy i zdecydowanie rzadziej proponowany przez świat. Klucz, który św. Paweł opisuje tymi słowami: A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. (Rz 12,1) Klucz, który najprościej nazwać po prostu służbą drugiemu. W tym kluczu wszystko wygląda inaczej. Niewygoda nie jest aż tak niewygodna, zmęczenie dokucza jakby mniej, ustępując miejsca radości. Nadal wiem, że jest coś, czego nie mam, a co tak naprawdę mi się należy. Należy mi się – ale rezygnuję z tego, bo kocham i nikt mi tego nie narzuca – wybieram to sama. A przyjęcie tego, co wybiera się samodzielnie, jest dużo łatwiejsze.

Kluczem do miłości, kluczem do radości pośród codziennego zabiegania jest służba. I odczytywania tego dnia w tym kluczu, życzę przede wszystkim sobie, bo często mi tego brakuje. Wierzę jednak, że tak jak w muzyce – przy odpowiedniej ilości ćwiczeń i przy Kimś, kto swoim życiem i śmiercią udowodnił, że jest w tym Mistrzem, można się tego nauczyć.

Majka Moller