naprawdę jesteś idealna

 

Idealnie urządzone mieszkanie. Idealne miejsce na urlop. Idealna sukienka na wesele. Idealne ciasto na niedzielne popołudnie. Idealne życie – dążymy do niego mniej lub bardziej świadomie, przekonane że to, co idealne, oznacza również szczęśliwe. Skąd to się bierze? Czy to wpływ wychowania, dziecięcych marzeń inspirowanych światem księżniczek z bajki czy po prostu świata, który o perfekcji krzyczy zarówno przy okazji kazań w kościele, jak i wizyty na siłowni?…

Często próbujemy do tego dążyć. Albo, pardon – będę pisać o sobie, mi się to zdarza, przynajmniej od czasu do czasu. Mam w głowie swój plan na siebie, idealną wizję siebie samej, którą jak szablon przykładam do swojego życia i próbuję przycinać je do wymyślonej przez siebie miary. Dopiero później okazuje się, że takie „przycinanie” w prosty sposób oznacza zranienie. Ostre cięcie oznacza ranę, rana – ból, a ból przypomina o tym, że wciąż nie jest idealnie. I tworzy się błędne koło. W dążeniu do szczęścia tą drogą, jest go dziwnym trafem coraz mniej, coraz więcej zaś frustracji.

Pal licho w sumie, jeśli dotyczy to tylko mnie. Ale zazwyczaj nie kończy się na oczekiwaniach dotyczących siebie samej. Bo „nadmierne oczekiwania” to najbardziej żarłoczna bestia na świecie – dokarmiana nawet okruchami sukcesów, rośnie do monstrualnych rozmiarów i domaga się więcej. Nie wystarcza więc dążenie do osobistego ideału. Idealny musi być dom i porządek wokół. Idealnie muszą zachowywać się dzieci i mąż – a jeśli mają śmiałość myśleć, działać i chcieć inaczej niż ja, to oznacza konflikt. Idealnie musi układać się i ten dzień, i wszystkie kolejne. Trudno przyjąć do wiadomości deszczowe lato w czasie zaplanowanego urlopu czy chorobę dziecka akurat w momencie, gdy miało się zupełnie inne plany. Staje się wtedy na głowie, próbując ratować chociać to, co się da, byle tylko utrzymać własną wizję szczęścia. I czasem wychodzą z tego sytuacje podobne do tej, jaka wydarzyła się w jednym z moich ulubionych seriali…

Największą tragedią jest jednak chwila, w której to wszystko przenosi się na relację z Bogiem. Bo można tego nie zauważać, ale po cichutku i małymi kroczkami odchodzić od Niego w stronę naszego ideału. Można mieć swój plan na siebie i na swoje zbawienie. Zaciskać zęby mówiąc: „dam radę!”, zaciskać pięści, próbując wypełnić te słowa. I żyć w przekonaniu, że moje próby życia „lepiej”, moje pobożne mądrości, które wypowiadam w czasie modlitwy, moja determinacja i rozliczanie siebie z duchowych sukcesów i porażek będą w stanie mnie zbawić. Można tak kręcić się wokół samego siebie i utwierdzać się w przekonaniu, że to ja jestem dla siebie ratunkiem. I że jak już naprawię w moim życiu to, co nieidealne, będę mogła w końcu przyjść do Boga i powiedzieć: „Wykonałam swoje zadanie”.

Wspaniałe są takie chwile, kiedy wszystkie te starania, budowane misternie jak domek z kart, rozsypują się w drobny mak – kiedy okazuje się, ż jednak nie potrafię. Że – o, niespodzianka – nie jestem w stanie sama siebie zbawić. Po ludzku to chwile bolesne i pełne rozczarowania. A jednak kiedy ma się puste ręce, kiedy nie ma się nic, można w końcu zobaczyć, że wszystko jest łaską, a Zbawiciel jest tylko jeden. Nie jestem nim ani ja, ani sławny terapeuta, ani najfajniejsz ksiądz z parafii. Jest nim Jezus Chrystus. I dopiero kiedy to sobie uświadomię, kiedy stanę przed Nim z pustymi rękami i przekonaniem, że całe moje życie zależy nie od moich starań, ale od Niego, dopiero wtedy doświadczę prawdziwego pokoju.

Chyba każda matka, patrząc na swoje małe dziecko, pomyślała kiedyś: „Jesteś idealny/idealna”. Przed nami była wtedy bezbronna kruszynka. Dziesięć idealnych paluszków u rąk, malutkie idealne stópki, najpiękniejsze oczka na świecie. Idealne dziecko. Dziecko, które potrafiło również czasem płakać bez końca, a w późniejszym wieku pluć zupką z brokułów czy pomalować meble niezmywalnym markerem. Dziecko, które zachowywało się nieidealnie, ale w naszych oczach – było najdoskonalsze.

Tak chyba patrzy na nas Bóg. W Jego oczach jesteś idealna. Nie dlatego, że spełniasz jakieś wymagania, nie dlatego, że jesteś bezgrzeszna, nie dlatego, że zachowujesz się idealnie. Po prostu – jesteś stworzona w doskonały sposób. I choć nie wszystko Ci wychodzi, On wie, jak ogromny masz potencjał i jak wiele jesteś w stanie zdziałać, jeśli tylko pozwolisz, by On dokończył to, co zaczął powołując ciebie do życia. Nie ma podstaw, by wątpić, że skoro działa w twoim życiu, to chce również prowadzić cię do jego pełni. Jego a nie twoją drogą, w Jego a nie twoim tempie, Jego sposobem.

I Jego mocą.

Majka Moller