Noszeniaki

Stare zdjęcia z pierwszych dni mojego życia utrwaliły na kliszy naturalną dla noworodka, choć dziwnie wyglądającą, reakcję naniespodziewany bodziec – manifestację odruchu Moro. Podobnie zachowujemy się, gdy w ciemnym pokoju ktoś nagle zapali światło i krzyknie: „Niespodzianka!”. Noworodek gwałtownie się porusza i prostuje ramiona, a potem powoli przyciąga je do klatki piersiowej. W reakcji na potencjalne niebezpieczeństwo nowonarodzony człowiek odruchowo próbuje objąć obiekt, który powinien być najbliżej – czyli mamę.

To charakterystyczny odruch dla zwierząt nazywanych „noszeniakami”. Z tym terminem spotkałam się po raz pierwszy w czasie lektury książki doktor Evelin Kirkilionis, która w bardzo prosty sposób wyjaśnia tę kwestię. Zwierzęta niedojrzałe po urodzeniu (często głuche i ślepe), jak myszy czy koty, nazywamy gniazdownikami. To właśnie gniazdo daje młodym poczucie bezpieczeństwa w przypadku zagrożenia, a nie matka, która zostawia potomstwo, by znaleźć dla nich pokarm. Zwierzęta sprawne i gotowe do podążania za matką od razu po narodzeniu to zagniazdowniki. Łatwo wyobrazić sobie ich funkcjonowanie, jeśli chociaż raz widzieliśmy na własne oczy na przykład nowo narodzonego źrebaka. Te zwierzęta w przypadku niebezpieczeństwa nie szukają schronienia w gnieździe, tylko w bliskości matki. To dlatego podążają za nią z taką determinacją.

A człowiek? Odruch Moro jest jednym z dowodów na to, że nie należymy ani do jednej, ani do drugiej grupy. Nie jesteśmy ani gniazdownikami, ani zagniazdownikami. Należymy do trzeciej grupy, którą dr Kirkilionis nazywa „noszeniakami”. Poczucie bezpieczeństwa zapewnia nam nie tyle gniazdo, ile bliskość mamy. Nie potrzebujemy za nią podążać, tylko wtulić się w nią i kołysać się w rytm jej kroków. Wie to każda mama, która instynktownie przytula i pociesza płaczące dziecko. I chociaż nie każdy chce się do tego przyznać, potrzeba przytulania zakodowana jest w nas dużo głębiej, niż wspomniany na początku odruch Moro, który zanika po kilku miesiącach życia…

Jesteśmy „noszeniakami”, chociaż nie zawsze chcemy o tym pamiętać, bo czasem próbujemy radzić sobie o własnych siłach. W trudnej sytuacji nie szukamy bliskości Ojca, lecz chcemy schować się przed problemami. Uciekamy, gdziekolwiek, byle iść przed siebie, byle dalej od trudności. Dlatego sporo energii inwestujemy w budowanie bezpiecznej przystani, swojego „gniazdka”, a potem meblujemy je tak, aby było nam wygodnie. Gdy dzieje się coś złego, gdy czujemy, że grozi nam niebezpieczeństwo, chowamy się tam, zwijamy w kłębek i zakopujemy po uszy w iluzjach, którymi lubimy się uspokajać. Jedną z nich jest myśl o tym, że najgorszy czas można przeczekać, że problemy same się rozwiążą, że można nie stawiać im czoła, tylko od nich uciekać, licząc na to, że jakoś to będzie.

A jednak w obliczu życiowych zmagań tak naprawdę potrzebujemy czegoś innego – potrzebujemy bliskości Ojca. Potrzebujemy wsłuchania się w Jego bijące serce i doświadczenia obejmujących nas z miłością ramion. Potrzebujemy ciepła prawdziwej relacji, w którą wchodzi się na sto procent, wtulając się w bliską Osobę z pełnym zaufaniem. Ani zbudowane własnymi siłami „gniazdko”, ani ludzkie zabezpieczenia nie są w stanie zapewnić takiego oparcia, jak Jego bliskość.

Jak reagujesz w chwilach, gdy wali Ci się świat? Czy podejmujesz wysiłek, by zaufać i prosić o doświadczenie bliskości Boga? Każdy ma swoje „gniazdko”, miejsce ucieczki przed tym, co trudne. Jak wygląda Twoje? W jakich sytuacjach szukasz tam pozornego poczucia bezpieczeństwa?

Maja Komasińska-Moller
Fragment książki "Ile lat ma Twoja dusza", napisanej przez obecnych i byłych twórców Theofeela
Więcej tekstów z tej serii znajdziesz tutaj