Człowiek nie jest sam

Wydaje mi się, że każdy z nas ma za sobą trudne doświadczenia w kontaktach z innymi osobami, które nie pozostały bez wpływu na to, jacy jesteśmy obecnie. Niestety, często nie potrafimy poradzić sobie z ich skutkami i żyjemy w ciągłym lęku przed kolejnym zranieniem. Dlatego też odsuwamy się od ludzi, stajemy się wobec nich nieufni, a wchodzenie w relacje to dla nas nie lada wyzwanie. To nie oznacza, że tak ma być już do końca naszych dni. Przeciwnie – możemy liczyć na wspierającą nas Bożą łaskę, wyprowadzającą nasz mroku naszego smutku, rozczarowania i utraty zaufania do drugiego człowieka. Dzięki niej odzyskujemy zdolność do funkcjonowania w relacjach, przez co możemy wyciągnąć pomocną dłoń do ludzi, którzy również potrzebują uzdrowienia.

Otwórz serce

Osoby po traumatycznych przejściach są z reguły zamknięte, a ich niepewność przejawia się nie tylko brakiem kontaktu wzrokowego. Co ciekawe, ich wyraz twarzy może być… groźny, a przez to zniechęcający do nawiązania relacji. Z reguły nie inicjują rozmów jako pierwsi, stąd też możemy odnieść wrażenie, że znajduje się między nami niewidzialna ściana. Czasami trudno się przez nią przebić, jednak nie powinniśmy się zniechęcać. Możemy się dzięki temu bardzo pozytywnie zaskoczyć.

Z własnego doświadczenia wiem, że czasami nie potrzeba wiele, aby skruszyć tę barierę. Wystarczy tylko spróbować. Przyjazny ton głosu, uśmiech i okazanie zainteresowania drugiej osobie mogą zdziałać prawdziwe cuda, a kiedy poczuje się bezpiecznie, zaczynie się przed nami odsłaniać. Dzięki temu będziemy mogli się przekonać z jak wartościową jednostką mamy do czynienia.

Po przełamaniu przysłowiowych „pierwszych lodów” i wprowadzeniu rozmówcy do naszego świata, z reguły możemy liczyć na wzajemność. Wtedy też może się okazać, że drugi człowiek potrzebuje naszego wsparcia i podzielenia się krzywdami, których doznał od innych osób. Często powtarzam, że Bóg działa poprzez ludzi, dlatego możemy w ten sposób stać się „nośnikiem” Jego uzdrowienia. Ktoś doświadczył zranień w relacji i w kontakcie z nami może się przekonać, że istnieje osoba, której może zaufać. To oczywiście zajmuje sporo czasu, ale warto…

Potrzebujemy akceptacji

Wspomniałem o ludziach, którzy – wycofując się z nawiązywania relacji – starają się zapobiec kolejnym zranieniem. Jest to bardzo niedoskonały mechanizm napędzany lękiem przed tym, że może spotkać ich coś złego.

W swoim życiu spotkałem się również z innymi postawami. W kolejnym przypadku mamy do czynienia z osobami na pozór ekstrawertycznymi, „zalewającymi” słowami swojego rozmówcę. Często poruszają ogólne, „bezpieczne” tematy, nie dotykające ich w bezpośredni sposób. Ta taktyka dosyć skutecznie odwraca od nich uwagę, ale szczerze przyznaję, że dla mnie jest niezwykle męcząca. Za tą maską kryje się słaby człowiek, który chce uzyskać aprobatę otoczenia i zaspokoić społeczne potrzeby przyjęcia i akceptacji. Nie jesteśmy przecież „samotnymi wyspami” na oceanie życia, dlatego w relacji z drugim człowiekiem otrzymujemy coś, czego nie jesteśmy w stanie sami sobie dać. Nie bądźmy więc zaskoczeni, kiedy w pewnym momencie ze zdumieniem odkryjemy, że mamy konkretne oczekiwania wobec osób, których obdarzyliśmy zaufaniem. To coś zupełnie naturalnego, będącego skutkiem emocjonalnego zaangażowania się w relacje.

W swoim życiu spotkałem również ludzi, którzy przyjmują postawę ofensywną, tj. atakują innych słownie lub fizycznie. To okrutne zachowanie ma pomóc im podbudować poczucia własnej wartości kosztem drugiego człowieka. Takie działanie jest napędzane lękiem przed odrzuceniem. Dopóki znajdują dookoła siebie słabsze jednostki – mogą zachować pozorny spokój o zachowanie własnego, śmiertelnie przestraszonego, ja.

Proces uzdrowienia

Nie jest łatwo „posklejać” poranione serce, zwłaszcza jeśli cierpiało wiele lat. Jednak dla Boga nie ma nic niemożliwego. Wiemy o tym doskonale, choć nie zawsze mamy świadomość, że proces uzdrowienia jest złożony i czasochłonny, a przy tym związany z pokonywaniem naszych ograniczeń oraz konfrontowaniem się z trudną przeszłością. Przede wszystkim warto stanąć w prawdzie i świadomie przyjąć nasze zranienia. Nie jest to przyjemne, ale warto, abyśmy przeżyli je na nowo, zapraszając do nich Chrystusa. Dzięki temu będziemy w stanie uwolnić się od tego, co jest dla nas ciężarem w relacji z drugim człowiekiem. Jezus uzdalnia nas do przebaczenia, które jest konieczne do osiągnięcia wewnętrznej wolności, do wyjścia z mroku naszych krzywd. Dzięki temu możemy zmienić sposób postrzegania innych ludzi, którzy – w przeciwieństwie do naszych krzywdzicieli – nie chcą uczynić nam niczego złego. To pozwoli na zmianę schematu naszych zachowań, przez co nauczymy się obdarzać innych zaufaniem. Może pojawić się w nas naturalna potrzeba dzielenia się naszymi zranieniami z wąską grupą najbliższych nam osób. Takie doświadczenie jest również bardzo uwalniające i odbiera im niszczącą nas moc.

Nikt nie jest w stanie tak dobrze zrozumieć skrzywdzonego człowieka jak ten, kto ma podobne doświadczenia. To Boży paradoks, ale dzięki pięknie naszego poranienia możemy wychodzić do osób, potrzebujących obecności drugiego człowieka i być dla nich wsparciem w odnajdowaniu się w relacjach. Zauważyłem, że największą empatią wykazują się osoby, które w swoim życiu doświadczyły wiele bólu i cierpienia. Możemy postrzegać je jako słabych, ale tak naprawdę są silniejsi niż większość ludzi, ponieważ przyjęli i razem z Chrystusem przewartościowali krzyż swoich zranień, aby odzyskać siebie oraz nieść Jego obraz innym.

Jezus jest dla nas nieustającą inspiracją; tym, który „trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi (…)” (Mt 12, 20). Niestety, często obarczamy Go odpowiedzialnością za nasze zranienia, jednak nie wolno nam zapominać, że krzywdzimy się wzajemnie w ramach wolnej woli. Czy chcielibyśmy, aby Chrystus interweniował i ograniczał nasze działania, które nie podobają się drugiemu człowiekowi? Nie sądzę. To nie oznacza, że biernie przygląda się, kiedy spotyka nas cierpienie – wręcz przeciwnie – towarzyszy nam i umiera razem z nami. Wyciąga do nas pomocną rękę, aby w swoim miłosierdziu odmienić nasze życie, objawiając je również za pośrednictwem drugiego człowieka. Człowieka niosącego z sobą pamięć trudnych chwil, którego z mroków jego życia wydobył Chrystus po to, aby mógł głosić Jego (a nie własną) potęgę: „chcę być światłem, aby poznał świat Ciebie – wielki Królu, Zbawicielu nasz” (fragment pochodzi z pieśni „Zbawiciel”).

Przemek Sobolewski