Odarci, zranieni, miłosierni…

Stygmatyzacja ludzi ze względu na niepełnosprawność jest dość powszechnym i częstym zjawiskiem. Osoby zdrowe, bez widocznej niepełnosprawności, pewnie nie są w stanie zrozumieć życia kogoś, komu diametralnie zmieniła się codzienność  z powodu znaczącego uszczerbku na zdrowiu lub kogoś, kto nigdy nie dotknął pełnej sprawności. Podziwiam i darzę szacunkiem ludzi, którzy muszą wkładać więcej wysiłku w egzystencję. Kłaniam się przed burzą ich cichych emocji i zmagań.

Piszę o tym, bo jest jeszcze niepełnosprawność, której nie widać „na pierwszy rzut oka”. Największą z nich jest brak miłości. Zakładamy „protezy” prawdziwych relacji i szczęścia. Dlaczego  wielkim zainteresowaniem cieszą się szczere wywiady celebrytów  o relacjach w domu, o deficytach z dzieciństwa? Szukamy zawsze tego, co nas pociąga, z czym się identyfikujemy.

Nie ma ludzi, chociaż w niewielkim stopniu nie zranionych. Może w domu rodzinnym, gdzie rodzice nie okazywali uczuć, byli zbyt apodyktyczni, wymagający? Może, kiedy któreś z rodzeństwa było bardziej zauważane? Wielokrotnie spotkałam się z teorią o matkach, które „bardziej” kochają synów niż córki. Ciągną się wtedy żale, niedopowiedzenia, może brak przebaczenia. Dyktatorscy ojcowe, brak „kocham Cię” i przytulenia, brak czasu, czy zbyt wygórowane oczekiwania, to częste braki z którymi wchodzimy w dorosłość. Jakieś dziury, w które wpadamy sami, przekładając je na swoje relacje.

Największą tęsknotą człowieka jest miłość. Potrzebujemy drugiego człowieka, bliskości. Potrzebujemy uczyć się „boskości”. Miłość to przecież Bóg. Tylko On może jej nauczyć. Tylko kochając drugiego człowieka, uczymy się kochać Boga.

Refleksje przyszły do mnie dziś, kiedy stałam na przystanku w oczekiwaniu z niecierpliwością na autobus. Obok mnie stał młody chłopiec, może piętnasto, szesnastoletni i kobieta. Podejrzewam, że to syn z matką, chociaż pewności oczywiście nie mam. Początkowo przyglądałam się im z boku, żeby nie zobaczyli moich obserwacji. Nasłuchiwałam jak z zachwytem w głosie opowiadał o miejscu, do którego zamierzali jechać. Chłopak na wózku inwalidzkim, z radością w głosie niczym optymistyczna muzyka. Pozostali ludzie na przystanku, łącznie ze mną, pełni frustracji i niecierpliwości z pytaniem:  „Gdzie  jest autobus?”. Nie mam pojęcia na czym to polega, że osoby z tak poważnym ograniczeniem potrafią mieć w sobie więcej radości, niż osoby pozornie zdrowe. Skoro jednak  „Moc w słabości się doskonali” (por. 2 Kor, 12, 9-10), nie powinno mnie to dziwić. Jan Mela, Nick Vujicic, potrafili pokazać, że można więcej, mając mniej.

Trochę inaczej jest, kiedy ktoś kiedyś „amputował” nam miłość czy pewność siebie. Często te deficyty są jak ostra zbroja, raniąca przy próbie dotyku. Rani też innych, wywołując kolejne zranienia. Boimy się zranień, bliskości i nie chcemy próbować uczyć się prawdziwie kochać, więc żyjemy asekurując się. Gdyby jednak osoby niepełnosprawne asekurowały się i nie poddały rehabilitacji, ze strachu przed bólem, to można sobie wyobrazić jaka byłaby jakość ich życia.

Spotkanie na przystanku, które w rezultacie zakończyło się wzajemnym uśmiechem skłoniło mnie do najważniejszego. Nie bać się prawdy o życiu i ludziach. Nie bać się spojrzeń na ulicy, na kogoś, kto się tych spojrzeń boi bardziej. Nie bać się bliskości, nawet jeśli świat się jej boi. Braku miłości nie wypełni się żadną „protezą”. Nie ma takiego sprzętu, który wyćwiczy w nas miłość. Tylko drugi człowiek może to zrobić. Im trudniejszy, tym bardziej pomaga nam ćwiczyć nasz „mięsień miłości”. Nie trzeba się bać zranień podobnych do zranionego Serca Jezusa. Z Niego wypłynęło miłosierdzie. Ze zranionego serca. Może warto tak popatrzeć na zranienia? Jak na podobieństwo do zranionego Serca Jezusa? Jak na miejsce źródła miłosierdzia.

Kiedyś nauczycielka powiedziała mi kilka przykrych słów. Nie znosiłam tej kobiety. Była nieuprzejma i podcinająca skrzydła. Dziś, dzięki tej sytuacji sprzed wielu lat, staram się dostrzec coś miłego u innych, żeby pokazać im wartość znacznie większą niż myślą, że mają. W doświadczeniach z młodymi ludźmi widzę, jak są głodni zauważenia ich zalet, zdolności.

Jak to się ma do niepełnosprawności? Nasze życie jest przemijaniem, ulotną chwilą i drogą. Idziemy pełni swoich deficytów. Możemy poddać się tym ograniczeniom, budując mury nie do przebicia, możemy wprowadzać się w większy paraliż albo poddać się rehabilitacji. Nie ma osoby na świecie, która jej nie potrzebuje. Krzyż Jezusa to najpiękniejsza rehabilitacja zranionej miłości. Kiedy w słabości upadamy, z bezsilności i wyczerpania, to przypominamy Jezusa. On upadał i mimo bólu wstawał żeby iść dalej drogą cierpienia.

Czy można na deficytach i zranieniach cokolwiek zbudować? Tak! Może właśnie one są źródłem siły i miłości? Bóg zbudował zbawienie na bólu i cierpieniu. Zbudował życie na śmierci. Chcemy być do Niego podobni, naśladować Go. Zmartwychwstały Chrystus nosi nadal znaki męki. Nie zniknęły. Rany, które stały  się  źródłem miłosierdzia. W momencie, kiedy zanosimy wszystkie nasze bolesne miejsca pod Krzyż, Bóg dotyka nas swoją największą tajemnicą. Tajemnicą zmartwychwstania. Cudu. I w ten sposób droga Krzyża staje się lekcją miłości. Krzyż, niesłuszne sądy i kary, przyjęte z miłości w milczeniu i bólu, choć niesprawiedliwe, skutkują rozlewem miłosierdzia. „W Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53,5). W naszych może być podobnie. Jeśli zostały niesłusznie zadane, jeśli wciąż bolą, to znaczy, że z tych bolących miejsc Bóg wyprowadzi miłość. Jeśli Jemu je pokażesz i poddasz leczeniu. Nie znikną, jak u Chrystusa. Będą leczyć.

Oddałam Jezusowi swój żal za niesłuszną krytykę w dzieciństwie. Dziś ktoś mi dziękuje za dodanie wiary w swoje możliwości. Bóg pokazał mi tym zdarzeniem jak nie zranić innych. Jak wyleczyć czyjąś niepewność. Znaleźć potencjał zamiast ograniczenia.

Kiedyś poczułam się samotna, niepotrzebna i bezużyteczna. Bliska rozpaczy mogłam pomóc komuś, kto czuje się tak od zawsze. Bóg postawił na mojej drodze kogoś, u kogo mogłam dostrzec swój własny ból. Porozmawiać, przytulić i wesprzeć. Uśmiech tej osoby stał się dla mnie uśmiechem Boga, który przecież przeze mnie wielokrotnie czuje się opuszczony, zaniedbany, niepotrzebny…

Zmęczona i wyczerpana marzyłam o odpoczynku. Bóg postanowił zadzwonić do mnie przez kogoś, kto potrzebował mojej pomocy, bo był znacznie bardziej wyczerpany chorobą i nadchodzącą śmiercią. Zaglądając w oczy osobie młodej, cierpiącej  na nieuleczalną chorobę, zmęczenie i niedomagania znikają jak śnieg po deszczu.

Ktoś bliski zburzył moje zaufanie. Poczułam się zraniona i odarta z emocji. Poddana pielęgnacji swojego bólu, oczami serca zobaczyłam Jezusa na Krzyżu, odartego z szat. Ogołoconego. Syn Boży odarty z szat, ale wciąż kochający. Uzdrowił zranione miejsce. Można być odartym z siebie, ale nie z miłości. Najważniejsze, żeby nie zostać z gwoździami na Krzyżu, nie pozostać przybitym, tylko pozwolić na uzdrowienie ran.

On tak działa. Z miejsc zranień wyprowadza miłość. Nawet jeśli brzmi to niewiarygodnie, jak zmartwychwstanie, które przekracza ludzki intelekt.

Brak kończyny, nie oznacza braku możliwości podróżowania. Brak miłości od bliskich, nie oznacza, że nie można kochać. Może czasem bardziej zaboli, może będzie kosztowało więcej wysiłku, ale Krzyż jest cierpieniem. W efekcie Zmartwychwstaniem. Z miłości. Nie musimy więc szukać drogi do bycia kochanym. To kochanie innych jest drogą do szczęścia.

I tak jak z niepełnosprawnością. Osłabienie, brak jednego zmysłu wzmacnia inny zmysł, brak kończyny wzmacnia inną kończynę.  Tak u Boga, brak życia oznacza życie wieczne, brak zranień to brak miejsca dla miłosierdzia. Brak relacji to brak Boga. Tego naprawdę trzeba się bać.

Oddaję Ci Panie wszystkie rany, blizny, ból. W Twoich, nasze zdrowie. W moich niech będzie miłosierdzie. Upodabniaj je do swoich świętych ran…

                                                                                                              Iwona Sakrajda