Wielkopostna refleksja o życiu

Okres Wielkiego Postu sprzyja pogłębionej refleksji nad własnym życiem. To ważne, ponieważ na co dzień brakuje nam czasu, aby w ciszy odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytania. Kim jestem? Po co żyję? Jaka jest moja relacja z Bogiem? Być może bardziej niż na sprawach duchowych skupiamy się na tym, co doczesne. Troszczymy się o dobrą pozycję w pracy, szukamy zaspokojenia w drugim człowieku, staramy się radzić sobie ze wszystkim… Zapętlamy się w tej gonitwie po więcej i lepiej, nie pozwalając sobie na słabość. A poprzez nią możemy doświadczyć żywej obecności Chrystusa, który przychodzi, aby spotkać się z nami takimi, jakimi jesteśmy naprawdę – niedoskonałymi i poranionymi.

W sieci masek

Tymczasem ukrywamy się za wizerunkiem, jaki – mniej lub bardziej świadomie – kreujemy. Chcemy być postrzegani jako ludzie pewni siebie, odnoszący sukcesy w pracy i równocześnie mający udane życie prywatne. Problemy? Teraz określamy je mianem „wyzwań”… Oczekujemy od siebie coraz więcej i więcej, żyjemy coraz bardziej intensywnie, ale czy jesteśmy przez to szczęśliwsi? Ta wieczna pogoń za ideałem kosztuje nas mnóstwo energii. Nie poprzestajemy jednak na tym, co już osiągnęliśmy, lecz staramy się jeszcze bardziej. Tyle tylko, że (na szczęście dla nas) przychodzi moment, kiedy nie jesteśmy w stanie wykrzesać z siebie więcej. Nagle okazuje się, że jesteśmy słabi, potrzebujemy wsparcia Jezusa i drugiego człowieka. To nowe doświadczenie pokazuje nam, że zbudowaliśmy siebie, poczucie własnej wartości, na sukcesach i przekraczaniu swoich ograniczeń. Oczywiście dobry, zrównoważony rozwój jest nam potrzebny, ale warto zadać sobie pytanie, czy w moim życiu bardziej kieruję się tym, co chcę, czy co powinienem zrobić. Różnica jest zasadnicza. Chęć oznacza, że realizuję swoje potrzeby i działam w zgodzie z samym sobą. Powinność to obowiązek, który z reguły jest nam narzucony z zewnątrz. Kiedy żyjemy tymi drugimi, nasze prawdziwe ja pozostaje zaniedbane. Kolejne sukcesy, jakie odnosimy w naszym idealnym świecie, nie są w stanie zaspokoić głodów naszego serca.

U podłoża nakładania masek i tworzenia idealnej wersji samego siebie leżą nasze podstawowe społeczne potrzeby – przyjęcia i akceptacji. Chcemy cieszyć się uznaniem innych ludzi, ale zdobywamy je w niewłaściwy sposób, tj. naszym działaniem. Przyzwyczajamy tym samym drugiego człowieka do sposobu, w jaki funkcjonujemy, chcąc tym samym wypaść jak najlepiej w jego oczach. Choć nie – przede wszystkim chcemy pokazać się samym sobie z jak najlepszej strony. Karmimy tym samym nasze fałszywe ja, które wzrasta i staje się dla nas naszą drugą skórą, czymś, co zrasta się z naszym wizerunkiem. Oderwanie tej maski staje się długotrwałym i bolesnym procesem, w czasie którego może nam towarzyszyć obawa przed tym, czy zaakceptujemy siebie takimi, jakimi jesteśmy naprawdę.

Lata trwania w tym fałszywym obrazie nas samych mogą spowodować, że będziemy mieli problem, aby określić, jakie są nasze realne przekonania i wartości. Musimy wtedy odpowiedzieć sobie na pytanie: „czego tak naprawdę potrzebuję?”. Zderzenie z tą niełatwą i bolesną rzeczywistością pozwoli nam wzrastać w autentyczności.

Zresztą prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem jesteśmy w stanie zbudować w oparciu o prawdę, odsłaniając nasze nieidealne ja.

Człowiek nie jest Bogiem

Tworzenie relacji z ludźmi niesie z sobą pewne ryzyko – możemy zbyt mocno szukać w nich źródła naszego zaspokojenia. Uzależniamy się od ich obecności, wychodząc z założenia, że oni mogą wypełnić nasze braki. Jeżeli nie mamy silnej, budującej nas więzi z Chrystusem, trudno jest zbudować zdrowe relacje z innymi osobami. Nikt nieżyje po to, by wychodzić naprzeciw naszym potrzebom. Nikt też nam nie powie, co jest dla nas najlepsze i jak mamy odkryć nasze najgłębsze pragnienia. Owszem, możemy słuchać porad drugiego człowieka, ale najczęściej usłyszymy od niego słowa, które wynikają z jego doświadczenia. To nie oznacza, że w naszym przypadku będą one uzasadnione. Każdy z nas ma inną wrażliwość, różnimy się też znajomością życia i gotowością na podejmowanie nowych wyzwań.

To działa również w drugą stronę – nie możemy wymagać, że ktoś będzie zachowywał się w sposób, który nam pomógł, ponieważ nie wiemy, czego druga osoba tak naprawdę potrzebuje.

„Zachłyśnięcie się” człowiekiem staje się tylko chwilowym antidotum na nasze smutki i cierpienie. W dalszej perspektywie taka postawa prowadzi do głębokiego rozczarowania, ponieważ osoba, która miała zaspokajać nasze potrzeby, nie jest w stanie im sprostać. Posiadanie konkretnych oczekiwań, a może i niekiedy roszczeń, jest bolesne przede wszystkim dla nas samych. Oszukujemy się, by później przeżyć głębokie rozczarowanie, kiedy nie dostajemy tego, czego chcemy. Niekiedy powtarzamy ten schemat, szukając kolejnego „wybawiciela”, oddalając się w ten sposób od naszych pragnień i od Chrystusa.

Bóg i tylko On

Na szczęście przychodzi taki moment, w którym – budowane z tak wielkim mozołem – idealne wizje nas samych wreszcie upadają. Przekonujemy się również, że drugi człowiek nie jest w stanie dać nam wszystkiego, czego pragniemy. To dobry moment na nawrócenie się i naukę zaufania Bogu. Wreszcie. Przewartościowanie naszego dotychczasowego życia nie będzie proste, zwłaszcza że straciliśmy grunt, po którym kroczyliśmy. Będziemy potrzebowali czasu, aby „ułożyć się” w nowy sposób i poczuć się dobrze z samym sobą. I oczywiście z Bogiem, dla którego przygotujemy miejsce w naszym wrażliwym, potrzebującym miłosierdzia, sercu.

Kiedy staraliśmy się sprostać wszystkim naszym wymaganiom i przywdziewaliśmy symboliczną pelerynę superbohatera, ratującego otaczający nas świat, nie pozwalaliśmy Stwórcy, aby zatroszczył się o nas. Mieliśmy swój pomysł na siebie i wizję tego jak powinna wyglądać nasza rzeczywistość. Tymczasem Boże działanie jest w pełni zaskakujące! Nasz Ojciec wykorzystuje każdą sposobność do pozyskania naszych serc, abyśmy już nie szukali napełnienia w tym, co nie jest w stanie nam go zapewnić. On przychodzi ze swoją łaską, podając nam rękę i prowadząc nas swoimi ścieżkami. Pozwólmy Mu się zaskoczyć. Jestem przekonany, że się nie zawiedziemy, o ile… porzucimy nasze wyobrażenia, terminy, żądania…

To może okazać się niezwykle trudne, zwłaszcza wtedy, kiedy przez wiele lat musieliśmy zabiegać o nasz byt i czuliśmy się w tym osamotnieni. Porzucenie kontroli i powierzenie się Bogu będzie dla nas nauką polegania na Nim, drogą przepełnioną znakami zapytania, a nierzadko zwątpienia oraz lęku. W końcu w ten sposób umiera stary – i rodzi się nowy – człowiek. Poród jest bolesny, dlatego też ten proces nie będzie przyjemny. Ale dzięki niemu staniemy się na powrót drzewem wydającym dobre owoce (por. Mt 7, 16-20). Uznając swoją małość,Bóg uzdalnia do wielkości budowanej już nie na nas, ale na Nim – na skale.

Dlatego teraz, w czasie Wielkiego Postu, zatroszczmy się o siebie, nawracając się do Boga, abyśmy mogli pewnego dnia zawołać:

„Pokładam w Panu ufność mą, zawsze ufam Jego słowu!”.

Przemek Sobolewski