Historia jednej ścieżki

 

Jeśli myślicie o bezdomności, jaki obraz nasuwa się wam na myśl jako pierwszy? Czy tym obrazem może być kobieta, która mieszkając kątem u brata i pobierając emeryturę w wysokości czterystu złotych, robi kanapki bezdomnym nocującym na dworcach, argumentując to tym, że sama wie co to znaczy głód? Czy tym obrazem mogłaby być dojrzała pani pełna pasji, oczytana, inteligentna, dobrze, choć skromnie ubrana, której jedynym nałogiem jest Jezus Chrystus? Czy wyobrażacie sobie sytuację trudu samotnego macierzyństwa, wieloletniej tułaczki z małymi dziećmi od domów pomocy po lokale socjalne, biedy i głodu, prześladowań ze strony sąsiadów oraz kombinacji tego wszystkiego z wielką i niezachwianą wiarą? Moja wizja osoby bez meldunku zafunkcjonowałaby pewnie bardzo stereotypowo w konfrontacji z podobnymi pytaniami, gdyby nie fakt, że ja znam taką właśnie osobę.

Była wtedy wczesna jesień, o ile pamiętam, kiedy przypadkowo szłyśmy tą samą drogą w parku. Znałyśmy się wcześniej tylko z widzenia, ale moja nowa znajoma zagadnęła mnie o artykuł, który zamieściłam w lokalnej gazecie i tak stojąc w pół kroku, spędziłyśmy zupełnie spontanicznie ponad godzinę na rozmowie. Takie „przypadkowe” spotkania zdarzały się coraz częściej i te godziny rozmów przy koszyku zakupów, na przedmieściach czy na placu w rynku, przerodziły się w prawdziwą przyjaźń. Niewiele kobiet po sześćdziesiątce, które miałam okazję spotkać w życiu, miały w sobie tak wielką erudycję, umiłowanie do sztuki i żywy umysł w sprawach politycznych, jak ona. Jednak ta osoba miała mi do zaoferowania jeszcze coś. Było to coś, czego nie mogłam się spodziewać, ani sobie tego wymarzyć. Ona podarowała mi Chrystusa. Była na tyle otwarta, aby opowiedzieć mi o swoim życiu i o tym, jak bardzo Bóg je zmienił. Opowiedziała o swoich życiowych zakrętach, początkowym buncie i życiu bez Boga, upokorzeniu i zmartwychwstaniu. Pan Jezus  podniósł ją z kolan, kiedy była już ledwie żywa i odmienił jej serce. Powiedziała mi to wszystko, kiedy ja sama miałam swoją wizję Boga i Kościoła i była ona, wstyd się przyznać, raczej kontestująco – poszukująca. Moja przyjaciółka jednak okazała się nie przytakiwać moim wątpliwościom. Raczej cierpliwie tłumaczyła, ale potrafiła dać też po głowie za wygadywane głupoty. I bardzo jej za to dziękuję.

Dziś ta przyjaźń nadal trwa i ubogaca moje życie. Bezdomność, bieda i samotność znoszone nie tylko z godnością, ale i uśmiechem na twarzy. Wyśmiewanie kwitowane życzliwością i błogosławieństwem są tym, co raczej w świecie się nie zdarza, chyba, że ktoś zdecyduje się żyć Ewangelią. Ja mam jedyne w swoim rodzaju szczęście widzieć i znać osobę, która przez wielu nierozumiana – oddycha Bożą świętością. Osobę, która kiedyś tak po prostu przecięła tę samą ścieżkę w parku, żeby mi w odpowiednim czasie powiedzieć: wiesz co, chcę ci kogoś przedstawić – to jest właśnie Jezus Chrystus. Nie mając nic oprócz Boga, podzieliła się właśnie tym, co najcenniejsze i nie bała się moich inteligenckich uwag. Nie warto się lękać mówiąc o Bogu. Nie warto bać się bycia Jego narzędziem. Nie warto spuszczać wzroku, kiedy wątpiący wyciąga ciężkie działa przeciwko Kościołowi. Nie bójcie się mówić o Chrystusie. Boża odwaga, którą Bóg wlewa w nas w takim momencie może kogoś naprawdę ocalić. Ja jestem tego żywym przykładem. Ta kobieta ma już swoje mieszkanie – w niebie, jak obiecał Chrystus. Kiedyś się tam przeprowadzi, ale póki jest na tym świecie dziękuję jej za Boga, a Bogu za nią i za tę przyjaźń.

Marta Knihinicka