Życie bez Krzyża

Samouszczęśliwienie, samowystarczalność, samouwielbienie, samozbawienie, samotność. Choć to ostatnie słowo najczęściej się pomija w mowach coachingowych. Człowiek bardzo boi się niepowodzenia i cierpienia związanego z odrzuceniem, brakiem akceptacji czy upokorzeniem. Naprzeciwko temu wychodzą nowoczesne techniki pozytywnej motywacji, które choć same w sobie są dobre, to mogą karmić pewne nierealne oczekiwania.

W każdym człowieku drzemie głęboka tęsknota za światem, który byłby tylko przyjemny i nie konfrontowałby nas z bólem. Być może jest to tęsknota za Niebem?

Pewne nurty w coachingu, próbują choć trochę nakarmić tę dziwną, ludzką potrzebę bycia swoim własnym supermanem. Kreacja rzeczywistości według swoich potrzeb, sprawczość życiowa, czy samoświadomość są bardzo ważne. W świecie, w którym żyjemy, gdzie tak wiele zależy od dobrego rozpoznania swoich możliwości, pochylanie się nad tymi kwestiami jest bardzo cenne. Jednak uważam osobiście, że trudność tkwi w tym, aby nie przekroczyć tej cienkiej granicy, która pozwoli człowiekowi myśleć, że on sam jeden jest panem swojego losu i może poprowadzić swoje życie tak, aby nie doświadczać w nim żadnych trudów. Jest to wniosek, który tak naprawdę mówi: nie potrzebuję Zbawiciela, zbawię się sam, tudzież: sam kreuję swoją drogę, Bóg nie będzie jej kreował, albo: uda mi się żyć tak, aby nie cierpieć.

Niestety te wszystkie stwierdzenia to mity. I to bardzo groźne. Prawda jest taka, że życie bez Krzyża nie istnieje. Każde dziecko, które przyjdzie na ten świat, zapłacze. Z powodu rozbitego kolana, niezaspokojonej potrzeby kupna nowej zabawki, niezrozumienia przez rówieśników czy złej oceny na klasówce. Właściwie pierwszą emocjonalną reakcją, jaka towarzyszy noworodkowi po porodzie, jest płacz. I nawet człowiek, na którego całe życie będzie się chuchać i dmuchać, doświadczy w swojej egzystencji bólu. Nawet jeśli miałby być to jedynie ból istnienia. Jednak nasza droga na ziemi nie składa się przecież z samego cierpienia. Piekło może i tak, ale nie życie doczesne. Doświadczamy wielu pięknych emocji i stanów, z których ten najpiękniejszy nazywa się miłością. Ten sam noworodek, który  łkał chwilę po porodzie, w następnej sekundzie, doświadczając matczynej miłości, uspokaja się. W jej ramionach czuje się bezpiecznie. Przychodzą nowe emocje, te przyjemne i te, które przyjąć nam trudniej. Jednak to właśnie dzięki temu, że możemy przeżywać całe ich spektrum, każdy z nas może się rozwijać w sposób prawidłowy.

Gdy spojrzymy na życie Pana Jezusa, kiedy był z nami na ziemi, zobaczymy, że doświadczał takich samych zmagań, jak każdy z nas. Był oczywiście bez grzechu, natomiast w kwestii przeżywania różnych uczuć i stanów, był bardzo podobny do nas. Był głodny, spragniony, kuszony, był więźniem, doświadczał wzruszeń, dotykało Go ludzkie cierpienie, ale także był kochany, miał przyjaciół, rodzinę. Przekonał się również jak boli zdrada i w końcu – doświadczył największego bólu świata kiedy wziął na siebie Krzyż win całej ludzkości.

Kiedyś na rekolekcjach mądra siostra zakonna powiedziała mi, że każde nasze cierpienie możemy zamknąć w Jego ranach. I istotnie tak jest. On pierwszy doświadcza tego bólu. I pierwszy się również z nami raduje. Jezus jest jedynym, który może dać nam spełnienie i tak naprawdę uszczęśliwić. Niestety w różnego rodzaju mowach motywacyjnych taka interpretacja rzeczywistości nie istnieje. Uważam, że jest to ogromna strata. Człowiek sam nie może unieść swojego życia, ani sam się uszczęśliwić, choć próbuje na wiele sposobów. Moment słabości i niemocy zawsze nadejdzie. Czy pomogą nam wtedy mądre rady i motywacje? W jakimś stopniu pewnie tak. Jednak  nie znam lepszego sposobu na mierzenie się z trudnościami niż proste i ufne zawierzenie się Bogu. Jezu Ty się tym zajmij!

Marta Knihinicka