Być sobą

„Warto być sobą”, „grunt to być sobą” czy po prostu „bądź sobą!” – mógłbym przytoczyć jeszcze kilka podobnych sloganów. Przesłanie w nich zawarte wydaje się być oczywiste i myślę, że większość z was zgodzi się z nim. Tyle że w tzw. „normalnym” życiu, w którym obcujemy z ludźmi, trudno zachować pełną niezależność. Chociaż… Można przecież zachować siebie, nie godząc się na konformizm i – jednocześnie – szanując potrzeby drugiego człowieka. W tym momencie do głosu dochodzi również psychologia, mówiąca nam o tym, że nikt nie jest odpowiedzialny za emocje innych osób. Coś w tym jest, niemniej mamy wpływ na to, w jaki sposób będziemy się do nich odnosić.

W sieci relacji

Muszę przyznać, że mój sceptycyzm względem powyższej teorii bierze się z mojejroski o dobre relacje z otaczającymi mnie ludźmi. Z reguły nie czynię tego kosztem własnych potrzeb. Inni to zauważają i odwzajemniają, dzięki czemu wraca do mnie to, co im daję. Dynamika oraz złożoność relacji wymagają jednak od nas więcej. Czasami rozmyślnie rezygnuję z siebie czy decyduję się na mniej korzystne dla mnie rozwiązanie po to, aby druga osoba mogła zyskać i jest to dla mnie czymś zupełnie naturalnym. To nie przyszło mi łatwo, musiałem wypracować w sobie taką postawę, ponieważ swego czasu podchodziłem do kontaktów z ludźmi zero – jedynkowo, na zasadzie… skrajności. Kiedy przeforsowywałem własne stanowisko – czułem się zwycięzcą. Kiedy nie starczało mi na to sił – miałem wrażenie, że odniosłem porażkę.

Tylko gdzie w tym całym układzie miejsce na drugiego człowieka?

Mógłbym, oczywiście, skrytykować urodzinowy prezent, który otrzymałem od mojej mamy, mówiąc, że jest obciachowy, ale wolę zatroszczyć się o nią i docenić fakt, że coś od niej dostałem. Przecież nie zależało jej na kupnie takiej koszuli, której bym nie włożył… Mógłbym skrytykować koleżankę z pracy za to, że kolejny raz popełniła jakiś irytujący błąd, nie zauważając, że inną rzecz wykonała poprawnie. Owszem, kiedy limit pomyłek przekroczy pewien akceptowalny poziom, zwracam się do niej z prośbą o uwagę. Nie czynię tego w sposób oceniający (lub „inwazyjny” – lubię to określenie). W takich sytuacjach wychodzę od moich potrzeb, jasno komunikując, czego od niej oczekuję i dlaczego. To naprawdę działa. Mógłbym wreszcie skrytykować przyjaciela za narzekanie na te same życiowe sprawy, tylko po co? Łatwo jest spojrzeć z zewnątrz i ocenić czyjeś położenie, ale nie mogę przecież poczuć – a przez to lepiej zrozumieć – czyjejś sytuacji. Tak naprawdę nie zawsze to, co wydaje mi się dobre dla danej osoby, jest jej potrzebne. Dlatego uczę się pokornie poznawać pragnienia moich bliskich, aby służyć im właściwym wsparciem.

Co ważne – przyjmuję taką postawę wtedy, kiedy zaspokoję moje potrzeby. Tylko w ten sposób mogę w dobry sposób przyjąć bliźniego, który oczekuje pomocy.

Jak mnie widzą inni?

Przez długi czas wydawało mi się, że ludzie z mojego zawodowego otoczenia odbierają mnie jako osobę uległą, co wcale nie było prawdą. Jest wręcz przeciwnie – mam „łatkę” asertywnego człowieka, ale (taką mam nadzieję) z „ludzką twarzą”. Na potwierdzenie tego domysłu mogę powiedzieć, że moi współpracownicy chcą się ze mną spotykać i proszą mnie o poradę. Informacje, jakie dotarły do mnie różnymi nieoficjalnymi „kanałami” głoszą, iż czynią to bez obaw o ośmieszenie z mojej strony…

W oczach osób z mojej wspólnoty uchodzę za osobę spokojną, dojrzałą, konkretną i odpowiedzialną – słowem taką, na której mogą polegać. Relacje, które w niej nawiązałem są dla mnie bardzo istotne, choć do pewnego momentu miałem problem z odnalezieniem się w tym środowisku poranionych ludzi (sam też taki jestem). Dlaczego? Miałem poważny dylemat, w jaki sposób mogę wyrażać niezadowolenie, złość itp., aby nikogo nie skrzywdzić. Już o tym wspominałem, ale psychologia głosi, że nie jestem odpowiedzialny za emocje innych, więc w czym problem? Ano w tym, że gdybym chciał funkcjonować zgodnie z jej zasadami, nie wydarzyłyby się piękne i może na pewien sposób przełomowe dla nas rzeczy… Mogłem skrytykować pewną osobę, ale okazałem jej szacunek, dzięki czemu poczuła się potrzebna. Zamiast okazywać komuś złość – po prostu zapytałem, dlaczego ktoś nie przyszedł w umówione miejsce. Usłyszałem „przepraszam”… Od tej pory ta osoba jest punktualna. Mogę być również świadkiem jak stopniowo ludzie otwierają się, uśmiechają się, czują się bezpiecznie w moim towarzystwie. Cieszę się, że jestem świadkiem Bożego działania w ich życiu!

I jak tu nie troszczyć się o innych?

Relacyjne „przenikanie”

Niedawno usłyszałem teorię, która głosi, że przejmujemy cechy (oczywiście nie wszystkie) 5 – 6 najbliższych nam osób. Kiedy się nad tym zastanowiłem, doszedłem do wniosku, że coś w tym jest. Od jednej z moich przyjaciółek nauczyłem się bycia z drugą osobą w trudnej dla niej sytuacji oraz wsparcia, które przejawia się w zwykłym pocieszaniu, a nie w znalezieniu rozwiązania (jestem tzw. „zadaniowcem”). Inna pokazała mi, że przyznanie się do błędu wcale nie musi oznaczać porażki. Co więcej – ludzie to akceptują! Mój przyjaciel (raczej nieświadomie) wskazał mi drogę analitycznego podejścia do problemu iznajdowania odpowiedniego rozwiązania. Inny zmobilizował mnie do mówienia bliskim mi osobom o niełatwych sprawach (czynię to w łagodny sposób).

Ten medal ma jednak dwie strony. 

W kontaktach z przyjaciółmi często szukam porad albo wsparcia w kryzysowych momentach. Dostaję od nich rozwiązania, które są dobre, ale nie zawsze…dla mnie. Ludzie, kierowani swoim doświadczeniem, udzielają nam wskazówek zgodnych z ich punktem widzenia. W takich przypadkach potrzebne jest „sito weryfikacyjne”, pozwalające nam oddzielić rzeczy korzystne dla nas od tych nie pasujących do naszej osobowości. Łatwo jest zaangażować się w coś, co zwyczajnie nie należy do nas i źle się w tym czujemy. Trudno osiągnąć cel, kiedy realizujemy się w sposób niezgodny z naszym rysem psychologicznym (sic!).

Niezmienny Chrystus

Odnoszę wrażenie (na podstawie własnego życia), że zbyt często chcemy odnaleźć rozwiązanie naszych problemów, polegając na drugim człowieku, nie zagłębiając się w siebie i w relację z Jezusem. Może jesteśmy zbyt mocno nastawieni na szybki efekt? Kto wie… Żaden człowiek nie zna tak dobrze naszego serca jak Chrystus. Ilekroć o Nim myślę, widzę Jego miłosierne wyobrażenie – ze wzrokiem pełnym miłości i akceptacji, przychodzącym do mnie ze swoim światłem oraz otwartym sercem. W Jego obecności czuję się bezpiecznie, dlatego mogę „wylać” przed Nim moje serce. Bez obaw o krytykę czy odrzucenie. Nie potrafię do niczego przyrównać pokoju, jaki mnie zalewa w czasie modlitewnej kontemplacji mojego życia. Wiem, że On najlepiej zna moje potrzeby, dlatego proszę Go o rozeznanie, abym działał zgodnie z Jego wolą i nie robił nic wbrew sobie. A postępowałem tak nader często…

„Ponadto nie zapominajcie o wyświadczaniu dobra i o dzieleniu się z drugimi, bo takie ofiary bardzo się podobają Bogu” (Hbr 13, 16).

Cóż, wzbraniałem się przed tym wyznaniem, ale zależy mi na tym, aby z szacunkiem odnosić się do emocji bliskich mi osób. Staram się dobierać słowa w taki sposób, który ich nie zrani i cieszę się, kiedy działa to w drugą stronę. Na szczęście życie i bycie sobą, także w relacjach, jest czymś więcej niż teorią psychologiczną.

Przemek Sobolewski