Pokonując siebie

Nasze życie przypomina pasmo wzlotów i upadków… To nic odkrywczego, prawda? W czasie tej wędrówki uczymy się, w jaki sposób wspinać się coraz wyżej i dalej. Metodą prób oraz błędów wydeptujemy bardzo charakterystyczną, naznaczoną naszym doświadczeniem, ścieżkę, która przypomina sinusoidę. Im bardziej jesteśmy świadomi siebie, swoich możliwości i ograniczeń, tym wahania pomiędzy jej kolejnymi punktami są mniejsze. Po prostu znając siebie, możemy w krytycznych momentach podjąć odpowiednie działania, aby ograniczyć ryzyko upadku. Nie jest to jednak możliwe bez żywej obecności Boga w naszym życiu oraz innych ludzi, których stawia na naszej drodze.

Nauka pokory

Każdy wykonywany przez nas krok wymaga od nas odpowiedzialności. Nie tylko w życiu, ale i w tak bardzo przypominającej je… górskiej wspinaczce. W jednym i drugim przypadku od podjętych przez nas wyborów zależy nasze bezpieczeństwo. Idziemy coraz wyżej po to, aby w promieniach światła odkryć prawdę o sobie, którą objawia nam Bóg. Często mamy przekonanie o własnej nieomylności, przez co popadamy w próżną samowystarczalność. Czy ona jednak w ogóle istnieje? Może się nam tak wydawać, niemniej myślę, że jest to tylko gorączkowa próba udowodnienia sobie własnej wartości. Próba, która nigdy nie będzie mieć końca, chyba że na tej drodze ślepego podążania za perfekcyjnym ideałem zabraknie nam w końcu sił. „Zadyszka” nie musi oznaczać porażki; dobrze, aby skłaniała do refleksji. Nie jesteśmy samotnymi wyspami na oceanie świata. Gdyby tak było, po co byłby nam Bóg oraz bliskie nam osoby – współtowarzysze naszej wędrówki? Doświadczając własnej bezsilności otwieramy im drogę do tego, aby wskazali nam właściwy kierunek poszukiwania samych siebie.

W drodze do przemiany

Podążając samotnie, mamy najczęściej niewłaściwe wyobrażenie na swój temat. Nic dziwnego, ponieważ najtrudniej jest spojrzeć obiektywnie na własne „ja”. Obecność Boga i ludzi ma ten cenny, racjonalny walor, dzięki któremu możemy rozstać się z naszym nie do końca prawdziwym wizerunkiem. Oczywiście nie jest to proste, ponieważ wymaga od nas przyjęcia i uznania naszych wad oraz zmierzenia się z nimi, czy wręcz – umierania dla fałszywych sposobów definiowania siebie. Nasze życie, ta najbardziej fascynująca wędrówka wśród rozmaitych gór i skalnych przepaści, jest w końcu naszą osobistą drogą krzyżową. Niesiemy ciężar własnych cierpień oraz zranień, które otrzymaliśmy niejako „w spadku” od naszych rodzin i ludzi, z którymi mieliśmy, lub nadal mamy, styczność. To odpowiedzialne i wymagające brzemię. Kiedy uczymy się jak sobie z nim radzić, nie raz doświadczymy upadku. Ale nie musi mieć on negatywnego wydźwięku. W końcu nawet Chrystus, obciążony krzyżem, nie miał sił, aby go nieść i potrzebował pomocy… Tak samo jest i z nami, choć bardzo skutecznie potrafimy bronić się przed korzystaniem ze wsparcia innych ludzi.     

Nauka czerpania

Tymczasem powinniśmy uznać, że nie jesteśmy w stanie poradzić sobie sami ze wszystkimi przeszkodami, jakie spotykamy na szlaku… Chociaż niejednokrotnie wydaje nam się, że zdobyte przez nas umiejętności powinny wystarczyć. Musimy pogodzić się z tym, że nie zawsze będziemy najlepsi. To może być niezwykle frustrujące, ale im szybciej przyjmiemy ten fakt do wiadomości, tym lepiej. Dzięki temu będziemy mogli podążać śladami tych, którzy poradzili sobie z dotykającymi nas trudnościami. To działa również w drugą stronę – w przyszłości będziemy mogli dzielić się naszą wiedzą z innymi ludźmi bez popadania w pokusę pochopnego osądzania czy stawiania się ponad nimi, ale z pełnią miłosierdzia. Summa summarum, ile sami przyjmiemy od innych, tyle będziemy mogli ofiarować drugiemu człowiekowi.

Pokonując siebie

Bóg uwalnia nas od naszych ciemności i kieruje w stronę światła, pozwala nam zetknąć się z naszymi ograniczeniami, które często przeradzają się w grzech. Nie jeden, nie dwa, ale wiele razy. To może być frustrujące doświadczenie, zwłaszcza jeżeli zmagamy się z nimi od wielu lat i mamy je logicznie „rozpracowane”. Pewnie wielokrotnie zadajemy sobie pytanie – dlaczego one wracają? Sam często się nad tym zastanawiam. Może mają nauczyć nas zwracania się do Boga w każdym krytycznym momencie naszego życia i budowania siebie na Nim, a nie na własnych przekonaniach? Może dzięki nim stajemy się podobni do Hioba, który – straciwszy majątek, dzieci i zostawszy dotknięty trądem – umiał powiedzieć: „Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?” (Hi 2, 10). Powracająca udręka może być też przyczynkiem do nieustannego nawracania się i kierowania wzroku ku Bogu, a nie w stronę tego, co nas trawi od wewnątrz. Czy jest ona oczekiwaniem na łaskę? A może symboliczną wędrówką na szczyt K2, gdzie spotkamy się z naszym Ojcem?

Grunt, abyśmy potrafili swój wzrok przenieść z naszej nędzy i skierować go na Boga. Zdarza się, że tak bardzo walczymy z naszą słabością, że praktycznie przesłania nam ona cały świat. A im intensywniejsze toczymy zmagania, chcąc wyplenić ją z życia, tym nabiera ona mocy, rośnie i niszczy nas od środka. Jak ważna okazuje się być akceptacja, która nie oznacza rezygnacji z walki o lepsze jutro, ale przyjęcie siebie takim, jakim się jest. Tu i teraz. To trudne, zwłaszcza że walka z przeciwnościami wydaje się być nieodłącznym „towarzyszem” na naszej drodze i jednym z jej niewielu stałych punktów. Może być czymś tak bardzo przewidywalnym, że chwile, kiedy czujemy się od niej wewnętrznie wolni, kojarzą się nam z czymś nienaturalnym, wręcz obcym. Taka jest siła, nawet najgorszego, przyzwyczajenia.

Krocząc przez życie, spotykamy nowych ludzi i angażujemy się w kolejne działania. W to wszystko wchodzimy z bagażem naszych trudnych doświadczeń. Ale znając już siebie i ścieżki, które przeszliśmy, możemy wykorzystać tę wiedzę, by nie ulegać temu, co ściąga nas w dół.

Trzymam się tej myśli, wierząc, że Bóg odnajduje nas po to, aby nas cierpliwie i konsekwentnie wyrywać ze szponów ciemności naszych myśli, schematów oraz skutków naszych zranień.

„Ty, którego pochwyciłem na krańcach ziemi,
Powołałem Cię z jej stron najdalszych
I rzekłem ci: „Sługą moim jesteś,
Wybrałem cię, a nie odrzuciłem”.
Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą,
Nie trwóż się, bo Ja jestem twoim Bogiem.
Umacniam cię, a także wspomagam,
Podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą”
(Iz 41, 9-10).

Przemysław Sobolewski