Małe znaczy wielkie

Chrześcijaństwo. Katolicyzm. Słowa, z którymi się utożsamiamy, w mniejszym lub większym stopniu. Człowiek wierzący, to dobry człowiek, pełen wrażliwości i empatii. Myśląc o ludziach Kościoła, wyobrażam sobie uśmiech, ręce pełne dobra, gotowe do niesienia pomocy, usta głoszące Chrystusa i otwarte serca, pełne miłości i wybaczenia. Tak uczy nasza wiara. Zawsze powinniśmy  modlić się, ewangelizować i siać ziarno dobra.

W świecie pełnym zła, wręcz okrucieństwa i ubóstwa duchowego powinniśmy stanąć na wysokości zadania i realizować… no właśnie… siebie?

Jakiś czas temu, po mojej pierwszej wielkiej fascynacji Bogiem, znalazłam się we wspólnocie. Zostałam animatorem i z wielkim zaangażowaniem ewangelizowałam. Z głową pełną pomysłów, większość czasu spędzałam, realizując siebie w nowej funkcji. Każdą „lukę” w czasie, każdą wolną chwilę wypełniałam swoimi szlachetnymi zajęciami. Z upływem czasu, zaczęły się psuć moje kontakty z bliskimi, nie miałam czasu na kontakty z przyjaciółmi. Wszystko zaczęło być mniej ważne. Liczył się mój sukces ewangelizacyjny. Na szczęście Bóg otworzył mi oczy i powiedział stop. Tak poukładał moją codzienność, że niemożliwa była moja dalsza działalność. Pełna frustracji i złości musiałam zakończyć przygodę z tą swoją misją. Nie bardzo rozumiałam dlaczego Bóg mi tego nie ułatwiał, ale dziś już wiem.

Każdy z nas żyje w swoim środowisku. Wśród bliskich, przyjaciół, obowiązków. Każdy ma swoje własne „podwórko”. Bez sensu byłoby wyruszać na sprzątanie świata, w trosce o ziemię, posiadając pełno brudu i bałaganu w swoim ogrodzie. Mało autentyczne świadectwo dbałości o środowisko.

W mediach jest mnóstwo smutnych informacji, szereg próśb o pomoc, potrzebujących i chorych… i bywa, że zabieramy głos w tych sprawach, w imię naszej wiary. Angażujemy się w działalność charytatywną lub, co gorsza w „uprawianie” religii. Nie mając czasu dla najbliższych trwonimy go. Bezpowrotnie. Nie wolno nam tego robić. Łatwiej jest być dla obcych, karmiąc swój egoizm poprzez realizację siebie, w imię dobra, niż być z ludźmi, których dla nas wybrał Bóg?

Sama często zapominam o tym, że nie muszę stać się „wielka” żeby dosięgnąć swoja wielkością Boga, bo to On stał się mały, jak ja. Zniżył się do mojego położenia i swoją wielkość mogę osiągnąć tylko wtedy, kiedy On mnie podniesie. Jest ze mną codziennie w moich bliskich, których czasem trudno kochać, którzy znają mnie ze słabościami i wadami. To zawsze musi być pierwsze miejsce, gdzie siejemy dobro. Nasze środowisko. Autentyczność naszej wiary, to nie pozornie wielkie czyny oparte na emocjach, tylko dojrzała miłość oparta na Bogu. Tam, gdzie żyjemy.

Jesteśmy przeciw zabijaniu, zabijając czasem bliskich obojętnością. Walczymy z brakiem zrozumienia, nie rozumiejąc tych, co są obok nas. Chcemy żeby inni nas słuchali, a tymczasem nie słyszymy nikogo. Irytujemy się, kiedy widzimy brak wiary, a nie dzielimy się nią w naszych środowiskach. Przeciwstawiamy się przemocy, bronimy życia jak lwy, raniąc słowem, lub jego brakiem. Współczujemy głodnym, skazując na głodową śmierć niekochanych, głodnych każdego okruchu miłości.

Święta Matka Teresa mówiła : ”Jeśli chcesz zmienić świat, idź do domu i kochaj swoją rodzinę”. To chyba najwięcej, co możemy zrobić. Mamy ludzi do kochania. Tam musimy pokazać swoją wiarę. A wiara w Chrystusa to On sam. To relacja z Nim. To z tej relacji przychodzi reszta, nigdy odwrotnie.

Zanim zaczniemy robić wielkie rzeczy, nie zapominajmy o tych małych, bo Ktoś kiedyś stał się mały, po to abyśmy dostrzegli, że to, co małe czasem może okazać się największe…

                                                                                                     Iwona Sakrajda