Odnaleźć siebie w relacjach

Żyjemy i wzrastamy wśród ludzi, którzy są nieodłączną częścią naszej codzienności. Jednych kochamy, z innymi przyjaźnimy się i dzielimy tym, co przeżywamy głęboko w sercu, a niektórych nie lubimy. Ci ostatni stanowią dla nas wyzwanie – nie możemy znaleźć z nimi wspólnego języka, kłócimy się, po prostu nie nadajemy na tych samych falach… Taka proza życia. Jednak to w relacjach z drugim człowiekiem znajdujemy oparcie i przestrzeń do tego, aby zaspokajać nasze potrzeby. Nie jesteśmy przecież samowystarczalni. To nie zawsze okazuje się proste, ponieważ mamy problem z właściwym przeżywaniem siebie w obecności innych ludzi. A nieuświadomione i – co za tym idzie – niewyrażone oczekiwania mogą zranić nie tylko nas samych.

Na ile mogę sobie pozwolić?

W kontaktach z bliskimi osobami szukamy bezpieczeństwa oraz akceptacji, których mogliśmy nie otrzymać w domu rodzinnym. Stąd też mamy trudność w mówieniu o tym, co nas boli i czego potrzebujemy. Taka postawa może mieć określone konsekwencje. Zamykamy się w sobie, skutecznie odgradzając się od ludzi – to jedna skrajność. W drugą możemy popaść w momencie, kiedy znajdziemy osobę przyjmującą nas z całą naszą trudną przeszłością. Zupełnie nieświadomie taka relacja staje się dla nas miejscem, w którym szukamy zaspokojenia naszych braków. Jest ona coraz bardziej jednostronna – otrzymujemy, ale nie potrafimy dawać. Może być również odwrotnie – odnajdujemy siebie w drugim, poranionym człowieku i skupiamy na nim całą swoja uwagę, chcąc mu pomóc. Taka zaburzona równowaga nie służy żadnej ze stron. Nie uczymy się wtedy, w jaki sposób wyrażać siebie w relacjach z innymi ludźmi, ponieważ nie potrafimy określić, ile jesteśmy w stanie dać sobie samym a ile możemy oczekiwać (i przyjąć) od bliskiej osoby.

Być może dlatego tkwiące głęboko w nas potrzeby są przyczyną naszych osobistych problemów. Chcemy podzielić się tym, co jest dla nas ważne lub trudne z drugim człowiekiem, ale nie potrafimy tego zrobić. Rodzące się z tego powodu złość i frustrację kierujemy w jego stronę. Zupełnie niesłusznie, ponieważ nie może usłyszeć naszych niewypowiedzianych słów. Zanim staniemy się ofiarą własnych myśli i emocji, spróbujmy wznieść się ponad gniew i po prostu powiedzmy to, co nam leży głęboko na sercu (lub „na wątrobie”). Może nam towarzyszyć fałszywe przekonanie, że nie zostaniemy przyjęci, ba – doznamy odrzucenia. Te obawy są z reguły nieuzasadnione, chociaż wydają się być takie realne i namacalne… To jednak tylko nasze wyobrażenia, które towarzyszą nam nierzadko przez lata.

Być bliżej siebie

Kiedy już „przebijemy się” przez ten mur negatywności, pamiętajmy, że rozmowa o tym, co chcielibyśmy otrzymać od drugiego człowieka, nie musi być idealna. Możemy czuć lęk i zagubienie, ale to w niczym nie umniejsza naszej wartości. Uczymy się siebie, uczymy się naszych reakcji w zetknięciu z innymi ludźmi. To zupełnie naturalne. Nie zawsze zostaniemy przyjęci z tym, z czym przychodzimy, ale nie możemy też traktować ludzi jako jedyne źródło naszego napełnienia. I choć w takich momentach będziemy zapewne odczuwać gorycz, to jednocześnie jest to szansa na to, że przestaniemy szukać u innych tego, czego tak naprawdę nie mogą nam dać. Nasze napełnienie odbywa się przede wszystkim w relacji do Boga i nas samych. Warto, abyśmy potrafili urealnić nasze oczekiwania, aby oszczędzić sobie cierpienia.

Uczenie się funkcjonowania w relacji przypomina sztukę oddzielania ziaren od plew. Ważne, abyśmy obserwowali i zwracali uwagę na nasze reakcje wobec drugiej osoby. To właśnie nasze zachowania zdradzają prawdę o nas samych oraz o drzemiących w nas potrzebach. Sposób, w jaki traktujemy innych ludzi, zwłaszcza tych najbliższych, może pokazywać, co tak naprawdę chcielibyśmy od nich otrzymać. Przykład? W trudnym momencie życia okazujemy komuś dużo wsparcia, wyrozumiałości i akceptacji. Kiedy znajdziemy się w podobnym położeniu, również chcielibyśmy tego doświadczyć. Nie zawsze to zauważamy, więc nie jesteśmy tego świadomi. Dlatego mogą nas złościć osoby, do których wychodzimy z przysłowiowym „sercem na dłoni”, a one tego nie odwzajemniają. Taka postawa wynika z ich osobistych przeżyć i oczekiwań. Jeżeli reagują na naszą bezradność zniecierpliwieniem lub chcą ją przełożyć na bardzo konkretne, namacalne działanie, zapewne sami potrzebują tego, abyśmy traktowali je w ten sposób. Summa summarum – warto rozmawiać i komunikować swoje oczekiwania, ponieważ tylko wtedy możemy mieć wpływ na to, jak traktują nas ludzie.

Być bliżej Ciebie chcę…

Myślę, że w pewnym stopniu nasze relacje wpływają na to, jakie miejsce w naszym życiu zajmuje Bóg. Choć – w odróżnieniu od tych, których spotykamy na naszej drodze – On nas zawsze przyjmuje, kocha i akceptuje. To my często odrzucamy Jego ojcowską miłość. Dzieje się to głównie wtedy, kiedy zgrzeszymy. Czy to nie oznacza, że chcemy za wszelką cenę zasłużyć na Jego aprobatę? Nie możemy stracić czegoś, co jest nam dane na zawsze, od początku do końca naszego życia. I choć racjonalnie łatwo możemy sobie to wytłumaczyć, to „przekonanie” naszych emocji jest już zdecydowanie dłuższym, bardziej skomplikowanym, procesem. Potrzebujemy jednak doświadczyć tych trudnych uczyć i przekonać się, że niezależnie od tego, co zrobiliśmy i kim jesteśmy, Bóg nas nie osądza oraz nie odtrąca.

Nasz Ojciec daje nam miłość i uczy w jaki sposób mamy kochać siebie i drugiego człowieka. Jedynie w relacji z Nim możemy doznać prawdziwego napełnienia. Możemy zawieźć się na kimś, kto jest dla nas ważny, możemy upaść pod wpływem naszych słabości, ale obecność Boga pozostaje niezmienna. Czy dobry Ojciec wyrzeknie się swojego dziecka, kiedy pogubi się w życiu? Wręcz przeciwnie – przychodzi, aby je podnieść, wesprzeć oraz obdarzyć jeszcze większą miłością. Bóg, szanując granice naszej wolności, pozwala nam upaść i poobijać się. Dzięki temu wracamy do Niego i uczymy się polegać na Nim, na Jego zamiarze względem każdego z nas. Zamiarze, który jest inny dla każdego człowieka. W końcu Któż inny, jak nie nasz Tato, zna nasze potrzeby, możliwości i ograniczenia?

Jeżeli jest nam trudno uwierzyć w Jego nieskończone miłosierdzie, pamiętajmy o przypowieści o ojcu, który z wielką czułością przyjął swojego marnotrawnego syna. Z jej przesłania wcale nie wynika, że mamy być idealni (choć jesteśmy powołani do doskonałości na naszą ludzką miarę). Tak naprawdę chodzi w niej o to, abyśmy po upadku wracali do naszego Ojca. Zawsze!

Łk 15, 20-24

„Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: "Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem". Lecz ojciec rzekł do swoich sług: "Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się". I zaczęli się bawić.  

Przemek Sobolewski