Pobożna buntowniczka

„Słowo daję, nie wytrzymam z tą kobietą! Marek, słyszałeś co nasza córka znowu wymyśliła? Pana Boga szantażuje! Nie, tego jeszcze w żadnym kinie nie grali!” – tak wykrzykiwała moja matka, gdy pewnego styczniowego poranka wyskoczyłam ze swojego pokoju i buńczucznie oznajmiłam wszem i wobec, że daję Bogu trzy miesiące na uporządkowanie mojego życia zawodowego, uczuciowego i duchowego. W przeciwnym razie występuję z Kościoła katolickiego. Ba, z Kościoła w ogóle.

Ojciec pozostał niewzruszony. Dziwne, bo zawsze w ostry i zdecydowany sposób kładzie kres naszym utarczkom, czy też zażartym kłótniom. Ewentualnie podnosi wzrok znad gazety i ucisza nas swoim złowrogim spojrzeniem. Tym razem ze stoickim spokojem popijał poranną kawę nie odrywając nosa od swojego ulubionego tygodnika. Czyżbym znalazła sprzymierzeńca?

Cóż, na to wygląda. Mój ojciec nie należy do osób tkliwych, wrażliwych i jakoś wybitnie uduchowionych, ale raczej jest świadomy faktu, że co jak co, ale sprawy Boże nie należą do łatwych i podlegających jednoznacznym kryteriom oceniania. Chyba tak jak ja wyznaje dewizę, że niezmiernie rzadko się zdarza, by ktoś przeszedł przez życie z rękoma zawsze i wszędzie złożonymi do modlitwy. Nie oszukujmy się – nie wiem, czy poza Maryją ktoś taki chodził po tym świecie… Nawet najwięksi święci mieli chwile, ba, całe lata zwątpienia. Weźmy taką Matkę Teresę – ta heroiczna i nieprzyzwoicie wręcz dobra kobieta przez znaczną część swojego życia kroczyła w ciemności… Czy to znaczy, że nie zależało jej na Panu Bogu? Czy to umniejsza jej posługę wobec bliźnich?  

Nie, ja nie gloryfikuję swojego kontrowersyjnego i odważnego czynu. Chciałabym tylko zwrócić uwagę na fakt, że każdy z nas ma swoją granicę tolerancji wobec życiowych nieszczęść i kiedy ona zostaje przekroczona, to do głosu dochodzi nasza prymitywna natura wyrażająca się w chęci przetrwania, zdobycia poczucia bezpieczeństwa i prowadzenia szczęśliwego życia. I tak naprawdę nie ma w tym niczego złego…

Przecież Bóg także pragnie naszego dobra. On także marzy o tym, byśmy byli nieobciążeni smutkami, byśmy mieli wymarzoną pracę, osobę, z którą wspólnie się zestarzejemy i tak dalej… Jeżeli chodzi o mnie, to od momentu narodzin mam zdecydowanie więcej pecha niż szczęścia. Doprawdy, moje życiowe perypetie są doskonałym materiałem na opasłą powieść – „Buddenbrookowie”, czy „Czarodziejska Góra” Tomasza Manna pod żadnym względem nie dorównywałyby mojemu dziełu… Cały ten „cyrk” trwa już 27 lat… To chyba dużo, prawda? I co, czy moje bezczelne roszczenie wobec Boga naprawdę jest nieuzasadnione?

Myślę, że mam prawo do buntu. Brakuje mi już sił, a modlitwy jak na razie nie pomagają. Zdecydowałam się na radykalny krok. Czy jestem bezbożnicą? Nie wydaje mi się. Powiedziałabym nawet, że jestem osobą o bardzo głębokiej relacji z Bogiem – przecież nie buntowałabym się, gdyby Bóg nie był dla mnie ważny. Tymczasem ja walczę o Jego uwagę, o Jego względy i przede wszystkim o Jego interwencję, gdyż zależy mi na pięknym przeżyciu swojej ziemskiej egzystencji. Ponadto czuję się przez Niego zapomniana i opuszczona. Wiem, że Bóg o nikim nie zapomina, ale cóż mogę poradzić na to, że mimo modlitw i regularnego uczestniczenia we mszach świętych takie odczucia pojawiają się w moim sercu?

W Piśmie Świętym aż roi się od buntowników. Moim zdaniem tacy ludzie są szczególnie mili Panu. Dlaczego? Bo nie zgadzają się na bylejakość, na przeciętność, na zło. Pragną piękna, dobra, szczęścia. Pragną poczucia Bożej opieki.

Od tego pozornie „nieszczęsnego” buntu nie minął nawet miesiąc, a jego efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Niemal wszystko, co było złe, zostało spektakularnie zburzone. Czyli można zakasać rękawy i wziąć się za budowanie. Rzeczy pięknych, oczywiście.

Iwona Płotka