Pozwól się zainspirować

Mówi się, że my, Polacy, jesteśmy zakompleksieni oraz wiecznie niezadowoleni – z siebie i ze świata… Szczerze mówiąc podchodzę do tego stwierdzenia nieco sceptycznie… Owszem, w sferze gospodarki czy nauki wciąż czujemy się nieco zacofani w porównaniu do innych narodów, ale na polu religijnym „brylujemy” i nie mamy sobie równych. A przynajmniej tak się nam wydaje…

Moje spostrzeżenia potwierdziły się na Taizé w Bazylei. Powiedzmy sobie jasno – w katolickich kościołach państw niemieckojęzycznych panują inne tradycje niż w polskich, z czego sprawę zdają sobie tylko nieliczni obywatele naszego kraju. A jeszcze mniej Polaków akceptuje ten fakt… Ileż kąśliwych uwag odnośnie przebiegu szwajcarskiej mszy nasłuchałam się od moich rodaków! A to, że ministrantki zajmują na ołtarzu ważniejsze miejsce niż księża-goście, a to że muzyka gospel jest niestosowna podczas sprawowania Eucharystii… Na podstawie ich rozmów można było dojść do wniosku, że nasi bracia z kraju zegarków i czekolady nie zostaną zbawieni… Ja natomiast jestem przekonana, że wejdą do Nieba przed nami – nie są bowiem tak pyszni i zarozumiali jak my…

Nie twierdzę, że w pełni popieram szwajcarski sposób sprawowania Mszy i innych sakramentów. Staram się jednak dostrzegać w tym piękno i dobro. Przecież ci ludzie nie odstępują od naszych norm z premedytacją, nie czynią tego świadomie. Postępują według swojego wyczucia i są przekonani, że sposób, w jaki przeżywają swoją wiarę, jest właściwy. Miejmy dla nich wyrozumiałość. A jeżeli nadarzy się ku temu okazja, to pokażmy im własne obyczaje!

Dręczy mnie kilka pytań, a mianowicie: Dlaczego nie potrafimy zaakceptować faktu, że można inaczej przeżywać religijność? Dlaczego nie potrafimy obiektywnie przyjrzeć się odmiennym formom doświadczania sacrum? Dlaczego nie potrafimy wejść w dialog z osobami z innych kręgów kulturowych? Nie potrafimy? A może po prostu nie chcemy?

Nie chcemy, ponieważ wywyższanie się pomaga nam zrekompensować nasze wady i niedoskonałości z innych sferach życia. Nie chcemy, ponieważ obiektywizm i prowadzenie dialogu wymagałoby od nas dużego wysiłku intelektualnego oraz wykraczania poza utarte schematy myślenia i postępowania. Nie chcemy, ponieważ nasza sarmacka duma nie zamierza ani komukolwiek przyznać racji ani zainspirować się odmiennymi obyczajami religijnymi.

Jeżeli chodzi o mnie, to zawsze byłam ciekawa innych wyznań chrześcijańskich, a nawet innych religii, za co oczywiście nie szczędzono mi krytyki. W ciągu dwudziestu siedmiu lat życia zdążyłam nasłuchać się już całej litanii niemiłych słów pod moim adresem. Wzgardzili mną niektórzy księża, całkiem pokaźna liczba młodych ludzi z różnych wspólnot i chyba wszystkie starsze panie z parafii, z którymi rozmawiam. A raczej z którymi rozmawiałam… Dla nich bowiem jestem już „skończona”. Aby odzyskać ich sympatię musiałabym chyba poddać się egzorcyzmom…

Nie rozumiem toku myślenia moich krytyków. Czy zachwyt innymi wyznaniami lub religiami uczynił ze mnie heretyka lub nakłonił mnie do konwersji? W żadnym wypadku! Po prostu stałam się człowiekiem o nieco szerszych horyzontach, bardziej wrażliwym i wyrozumiałym a przede wszystkim lepiej przeżywającym swoją wiarę. Dlaczego? Ponieważ niemal w każdej religii lub w każdym wyznaniu starałam się znaleźć coś, co ubogaciłoby mój katolicyzm. I tak dzięki ewangelikom regularnie sięgam po Pismo Święte, dzięki grekokatolikom przykładam większą wagę do oprawy modlitwy, dzięki buddystom doceniam rolę medytacji i wyciszenia… Mogłabym tak wyliczać jeszcze długo… Ośmielę się stwierdzić, że nawet świadkowie Jehowy mnie zainspirowali! Do czego? Do odważnego głoszenia swojej wiary i dzielenia się nią z innymi ludźmi!

Ale uwaga – by móc się zainspirować i nie wyrządzić sobie przy tym szkody, trzeba być dojrzałym duchowo człowiekiem i dobrze znać własną wiarę. W przeciwnym razie grozi nam niebezpieczeństwo, że pogubimy się w tej różnorodności…

 

Iwona Płotka