Cytaty, które zmieniły moje życie

Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja” wyznajemy podczas Mszy Świętej. I to prawda. Wystarczy jedno zdanie lub nawet jedno słowo, żeby nastąpiła zmiana w naszym życiu. Niespodziewanie coś do nas dociera, otwierają nam się oczy i serca, poszerza perspektywa. Pamiętamy te słowa już zawsze i dziwimy się, że dopiero teraz nas olśniło.

Pierwszy raz zdarzyło mi się to, kiedy byłam nastolatką, miałam może piętnaście lub szesnaście lat. To był trudny czas. Nie akceptowałam i raczej nie lubiłam samej siebie. Chciałam się zmienić, ale nie potrafiłam. Przez to byłam bardzo smutna, sfrustrowana i zła na siebie. Pewnego popołudnia rozmawiałam o tym z moją mamą. Ona zamiast mnie pocieszyć, że to przecież da się zrobić i żebym się nie poddawała, powiedziała mi: Jeśli nie umiesz tego zmienić, to może spróbuj to zaakceptować. Te słowa, teraz tak oczywiste, wtedy były dla mnie jak odkrycie Ameryki. Nigdy wcześniej nie przeszło mi przez myśl, że można lubić siebie taką jaką się jest, bez naprawiania i ulepszania. Do tej pory pamiętam to uczucie zdumienia i ulgi, jakby klapki spadły mi z oczu.

Mam kilka swoich ulubionych cytatów, które mocno odcisnęły piętno na mojej duszy. Część z nich poruszyła mnie natychmiast kiedy je usłyszałam. Inne znalazły drogę do mojego serca dopiero po jakimś czasie, ale raz na zawsze zmieniły mój sposób patrzenia na siebie i świat.

Oto one:

Dzieci najbardziej potrzebujące miłości, proszą o nią w najbardziej pozbawiony miłości sposób”

Niewdzięczny bachor, diabeł wcielony, wredny sadysta, mały potwór. Podczas mojej pracy z dziećmi usłyszałam wiele takich epitetów. Ten zawód jest naprawdę trudny i często niewdzięczny. Kto go wykonuje, pewnie się ze mną zgodzi. Kiedy kończyłam studia, pracowałam w prywatnej poradni prowadząc grupy socjoterapeutyczne dla dzieci z zaburzeniami zachowania. Nieraz byłam wyzywana, uderzana czy opluwana. To było ogromne wyzwanie. Czułam się bezradna, bo nie mogłam i nie chciałam odpowiadać na to agresją czy złością. Ale równocześnie ciężko było nie brać takich zachowań personalnie, lubić te dzieci i wybaczać im. Wtedy to zdanie, znalezione w jednej z książek dotyczących wychowania, bardzo mi pomogło. Poruszyła mnie jego trafność. Te słowa stały się drogowskazem w późniejszej pracy i kontaktach z ludźmi. Do tej pory, kiedy stykam się z dziećmi zachowującymi się wyzywająco i agresywnie, które wydają się być niewdzięczne i ciągle zbuntowane, to zdanie brzęczy mi w głowie i daje energię. One potrzebują uwagi, akceptacji, miłości. Chcą być dostrzeżone i docenione, ale na skutek trudnej przeszłości, deficytów w rodzinie lub choroby, nie umieją tego wyrazić w adekwatny sposób. Ten cytat wyznacza również kierunek w kontaktach z dorosłymi. Ludzie, którym brak miłości, są jak studnie bez dna, trudno ich zadowolić i uzupełnić ich braki. To zadanie dla Pana Boga. Ale kiedy ma się tego świadomość, łatwiej ich kochać, nie skreślać i ponownie im wybaczać. Niektóre z tych osób są na tyle poranione, że chronią się pod maską twardości, antypatyczności i roszczeniowości. Trzeba czasu i sił, aby ich „oswoić”, ale to możliwe. Wtedy stają się sprzymierzeńcami, a czasem nawet wiernymi przyjaciółmi.

Módl się jakby wszystko zależało od Boga, działaj jakby zależało od Ciebie”

Kiedy miałam dwadzieścia cztery lata po raz pierwszy pojechałam na rekolekcje ignacjańskie. Wtedy właśnie usłyszałam ten cytat. Był dla mnie niesamowicie odkrywczy. Dotarło do mnie, że mogę działać, aby zdobyć to, czego pragnę. Zrozumiałam, że coś ode mnie zależy, mam wpływ na swoje życie. To zdanie było dla mnie jak powiew świeżości, jakby ktoś nagle otworzył okno w dusznym i ciasnym pomieszczeniu. Do tamtej chwili nie wiedziałam, że nieświadomie byłam zwolenniczką biernej wiary. Myślałam sobie, że jak Bóg zechce, to mi coś da i coś zmieni. Jeżeli tego nie czyni, to znaczy, że tak ma być. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak to zaakceptować. Nie podobało mi się takie podejście do wiary i życia zgodnego z wolą Bożą. Czułam się uwięziona i stłamszona. Równocześnie nie miałam świadomości, że można inaczej. Bałam się zmiany i tego, że zrobię coś źle i tylko pogorszę swoją egzystencję, krzyżując Ojcowskie plany. Wcześniej jakoś nie przyszło mi do głowy, że Bóg może chcieć, żebym była aktywna i spełniała pragnienia, które On zasiał w moim sercu. Im dłużej wzrastam w wierze, tym lepiej widzę, że z Nim mogę robić rzeczy, które mnie przerastają i po ludzku wydają mi się niemożliwe do zrealizowania.

Jesteś tym co robisz, a nie tym, co mówisz, że zrobisz” C.G. Jung

Jestem niepoprawną marzycielką i idealistką, która całe swoje dzieciństwo i wiek nastoletni spędziła z nosem w książkach. Snułam plany, śniłam o niesamowitych przygodach i byłam sfrustrowana. Bo ta moja egzystencja taka nudna, taka szara i w ogóle beznadziejna. Przez bardzo długi okres mojego życia nie umiałam zrobić tego małego, pierwszego kroku, żeby wreszcie te marzenia spróbować realizować. Teraz jestem na takim etapie, że jeżeli czegoś pragnę i nie jest to grzech, po prostu próbuję to osiągnąć. Przynajmniej próbuję, a jeśli się nie uda – trudno. Prawdopodobnie Tata szykuje dla mnie coś lepszego.

Proś o to, czego potrzebujesz.”

Powiedziała mi to terapeutka, kiedy chodziłam na grupę rozwojową dla kobiet. W moim domu był zwyczaj domyślania się, czego chce albo potrzebuje inny członek rodziny. Nie mówiliśmy o tym otwarcie, więc często zdarzało się, że byliśmy smutni, źli czy rozczarowani, bo ktoś nie odgadł naszych potrzeb. Na grupie zrozumiałam, że może być inaczej. Że miarą miłości nie musi być to, czy ktoś domyśli się, czego pragnę. O ile łatwiej jest to powiedzieć i oszczędzić stresu i wysiłku sobie i bliskim.

Ludzie są zmęczeni wymaganiami, jakie sami na siebie nakładają”

Słowa jezuity o. Bronisława Mokrzyckiego również mocno zapadły mi w pamięć. Uświadomiły mi, że to nie inni ludzie, nie szef czy rodzice wciąż ode mnie wymagają rzeczy, na które w zasadzie nie mam ochoty. To ja jestem swoim największym katem i najsurowszym sędzią i krytykiem. To ja sobie czegoś zabraniam albo się zmuszam. Całe życie zmagam się z perfekcjonizmem i zaniżonym poczuciem własnej wartości. Powinnam być lepsza, mądrzejsza, bardziej profesjonalna, umieć to i tamto. Litanii niestety nie ma końca, przez co nigdy nie mogłam być z siebie zadowolona. Bo niby coś mi się udało, ale… Na szczęście od kilku lat jest z tym coraz lepiej i mogę powiedzieć, że stałam się swoją przyjaciółką. Nie jest to łatwa relacja, ale satysfakcjonująca .

A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” Mt 11,12

Jeden z moich ulubionych cytatów z Pisma Świętego. Za każdym razem przypomina mi, że tylu było świętych, którzy byli działaczami i porywali się na niemożliwe. W imię Boga i obrony wartości walczyli z wrogami, ale nierzadko także ze swoimi braćmi, rodakami lub przełożonymi. Bardzo długo sądziłam, że aby być zbawionym, trzeba zanegować swoje cechy. Skoro jestem gwałtowna, wygadana i raczej choleryczna, to powinnam teraz wysilić się, spiąć i za wszelką cenę się zmienić. Stać się kobietą cichą, pokorną, pełną pokoju i zgody na wszystko. Tymczasem Bóg ma dla każdego inną drogę do zbawienia. Jeśli mam akurat takie charakter, widocznie jest on do czegoś potrzebny. I niekoniecznie tylko „ciepłe kluchy” wejdą do Królestwa Niebieskiego (tak kiedyś uważałam ;)).

W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was.  Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie! Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła”. 1 Tes 5, 18-22

Podczas pielgrzymki na Światowe Dni Młodzieży do Madrytu każdy z uczestników modlił się i otwierał Pismo Święte. Potem rozmawialiśmy z księdzem na temat Słowa, które dostaliśmy. Fragment, który otrzymałam bardzo mnie wtedy poruszył, bo celnie wypunktował słabości, z którymi częściowo zmagam się do dzisiaj. Słowo z Listu do Tesaloniczan do tej pory jest dla mnie drogowskazem, ideałem i napomnieniem. Mam skłonność do buntowania się, narzekania i pychy, a mój cięty język łatwo może zgasić czyjś (i mój własny) zapał. Za każdym razem, kiedy nie rozumiem mojego życia, trudnych wydarzeń, porażek, kiedy burzą się moje plany, ten cytat uspokaja mnie i podnosi na duchu. Bóg wie co robi. Skoro tak się dzieje, taka jest Jego wola w tym momencie. Jedyne co mam robić to być wdzięczna i wytrwać. Proste, prawda? ;)

 

Magdalena Godlewska
autorka bloga smutnykatolik.wordpress.com
https://www.facebook.com/smutnykatolik/?fref=ts