Nauka bycia sobą

Każda, nawet najmniejsza, zmiana pociąga z sobą określone skutki oraz... konsekwencje. Wkładamy wiele samozaparcia w przełamywanie ograniczających nas schematów, co dla nas jest z pewnością dobre, ale musimy mieć świadomość, że nie pozostaje to bez wpływu na naszych najbliższych.  W końcu w jakiś sposób "naruszamy" stabilność świata, w którym funkcjonują. Czy jest to "zamierzona wina"? Nie, ale niezrozumienie, z którym się spotykamy, sprawia, że ich obecność staje się bolesna. Zastanawiamy się wtedy, czy cena, jaką płacimy za upragnioną metamorfozę, nie jest zbyt wysoka. Teoretycznie wciąż mamy wybór - możemy wrócić do starego, tak dobrze znanego (ale jednak coraz bardziej obcego) świata lub możemy iść naprzód, tracąc nadzieję na wyrozumiałość rodziny i przyjaciół. A może potrzebujemy więcej wiary i cierpliwości?

Znajome kąty

Lubimy to, co znamy i co jest na swój sposób przewidywalne, ponieważ daje nam to poczucie bezpieczeństwa. Kiedy tracimy grunt pod nogami - czujemy się zagrożeni. W ten sposób daje o sobie znać nasz instynkt samozachowawczy. Reagujemy złością, kiedy ktoś próbuje zachwiać posadami naszego świata, ponieważ może się wtedy okazać, że są oparte na fałszywych przekonaniach. Człowiek ma tendencję do wybiórczego interpretowania rzeczywistości i skupia się na tym, co jest zgodne z jego poglądami. Nic więc dziwnego, że osoba - mniej lub bardziej świadomie - "zaburzająca" czyjąś równowagę, nie spotka się z przychylnym odbiorem.

Może najlepiej nie zważać na to, czy ktoś nas akceptuje?

Stanąć w prawdzie

Jezus nie starał się zdobyć sympatii faryzeuszy czy tzw. przeciętnych ludzi. On uosabiał postawę prawdy, która często była gorzka i przez to "niewygodna", zwłaszcza że zadawała kłam ich interpretacjom rzeczywistości... W pewnym momencie Jego nauka stała się na tyle "inwazyjna", że postanowiono się Go pozbyć - został więc skazany na śmierć. Na szczęście pamięć o Nim przetrwała...

Jestem daleki od tego, aby każdego człowieka, który spotyka się z odrzuceniem i agresją z powodu różnicy poglądów przyrównywać do Chrystusa. Dlaczego? Często i my możemy mieć niewłaściwą wizję siebie i owej "prawdy". Przykre jest jednak to, że nie potrafimy przyjąć drugiego człowieka z jego odmiennością. Bardzo często aprobujemy tylko tych ludzi, którzy podzielają nasze poglądy.  Tak jest przecież łatwiej. Nie umiemy (a może i nie chcemy?) uszanować innego punktu widzenia, obawiając się, że już samo wysłuchanie argumentów drugiej strony może nam wyrządzić krzywdę. Nie. Pięknie jest poznać czyjąś indywidualność. To zresztą nieuniknione! Nie spotka nas z tego powodu niebezpieczeństwo... A może tak bardzo się boimy, ponieważ to, co nieznane, budzi w nas lęk? Zwłaszcza, jeżeli owo "nieznane" pojawia się w dobrze nam znanym człowieku?

W drodze

Najczęściej w zachowaniu innych ludzi tolerujemy to, na co sami sobie pozwalamy. Jeżeli coś nie mieści się w tej swoistej "normie", zaczynamy podchodzić do tego z pewną dozą podejrzliwości. Niestety, ale w naszą definicję słuszności wpisujemy przeważnie to, co nam wydaje się dobre, oczekując, że ludzie będą zachowywać się w taki sam sposób.  Zmiana tego nastawienia z pewnością nie jest łatwa i nie pomaga nam w niej nasza wybiórczość w postrzeganiu świata.

Czy to oznacza, że nie powinniśmy iść naprzód, zmieniać się i starać się być coraz lepszymi ludźmi, którzy stawiają na autentyczność i jednowymiarowość? Nie, nie rezygnujmy z tych zamierzeń. I choć mierzenie się z negatywnymi reakcjami naszych bliskich będzie wyzwaniem, to największą porażkę zaliczymy wtedy, kiedy wrócimy do schematów, w których zostaliśmy poznani i zaakceptowani. Ale czy byliśmy w nich szczęśliwi? Aprobata innych jest niczym łaska, która na pstrym koniu jeździ - łatwo ją stracić. Dlaczego więc mamy za wszelką cenę o nią walczyć ?

Pod skrzydłami Bożej Opatrzności

Jeżeli podążamy za Jezusem, to już idziemy pod prąd względem tego, czym karmi się dzisiejszy świat. Czy czyni nas to bardziej wyjątkowymi od innych? Myślę, że nie jesteśmy przez to ani lepsi, ani gorsi. Po prostu inni. I pewnie każdego z nas nie raz spotkała przykrość z powodu naszej wiary. Czy to oznacza, że powinniśmy się jej wyrzec? Czy nie byłoby to nazbyt lekkomyślne i wygodne? Nie chcę przez to powiedzieć, że w życiu zawsze musimy mieć trudno i pod górkę, ponieważ wtedy ma ono sens. Nie, ale możemy je uszlachetniać poprzez stałą pracę nad sobą, dążenie do wyzbycia się słabości, czy rozwijanie naszych silnych stron. Pamiętajmy również o szukaniu Bożego zamysłu w każdej, nawet tej najtrudniejszej, po ludzku beznadziejnej, sytuacji. Głęboko wierzę w to, że wydarzenia, przez które przechodzimy, pełnią określoną rolę. One nas kształtują i mają czegoś nauczyć. Bóg ma plan wobec każdego z nas i jeżeli tylko Mu na to pozwolimy, będzie nas prowadził tymi tajemniczymi ścieżkami. Tajemniczymi do momentu, kiedy zrozumiemy, że naszym życiem kieruje Boża "nieprzypadkowa przypadkowość"...

Pamiętajmy, że musimy się nauczyć żyć ze zmianą, którą uskuteczniamy we współpracy z Bożą łaską. Z nieustanną walką o siebie, o lepsze jutro i to, w jaki sposób "po nowemu" będą nas odbierać nasi najbliżsi. Ona nie kończy się w momencie, kiedy wydaje nam się, że osiągnęliśmy to, co sobie wymyśliliśmy - to dopiero początek. Gdyby nie ufność, że nasz wysiłek ma sens, czym byłoby nasze życie?

Na szczęście jest Bóg, który lepiej niż my sami zna głębię naszych serc i wie, czego tak naprawdę nam potrzeba...

Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska
są tym, co mnie pociesza.
Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim
po najdłuższe czasy.
(Ps 23)

Przemek Sobolewski