Bądź szalony jak Bóg

„Szalona kobieta!” „Słowo daję, ja nie nadążę za tą dziewczyną!” „Boże drogi, ona ma dziesięć pomysłów na minutę!” „Trzech synów miałam i nie namęczyłam się tyle z nimi wszystkimi jak z nią!” „Ja nie wiem kiedy ona zmądrzeje!” „Czy to dziewczę w końcu dorośnie?”– oto narzekania mojej mamy, oczywiście na mnie. Drogi Czytelniku, nie myśl, że na tych sześciu skargach się kończy… O nie! Ich liczba jest bardziej spektakularna niż liczba wezwań do Matki Bożej w litanii loretańskiej. Nie żartuję… Moja mama lamentuje średnio co drugi dzień i za każdym razem zachowuje się tak, jak gdyby pierwszy raz miała do czynienia z moimi „wybrykami” – staje pośrodku kuchni z rozgrzaną do czerwoności patelnią, na której zresztą przypala się już jakieś mięsiwo, blednie, by po chwili nabrać kolorów skwierczącego kotleta i w końcu wykrzykuje swoje nieśmiertelne hasła mające napiętnować moją dziką naturę. A ja? Cóż, nie myśl, że pełna skruchy proszę ją o wybaczenie, po czym dokładam wszelkich starań, by stać się stateczną kobietą. Zamiast tego zacieram ręce, śmieję się złowieszczo i z zapałem obmyślam kolejne szalone przedsięwzięcia.

Kiedy spoważnieję? Nigdy! Bycie poważnym to nuda i śmierć za życia! Nie zamierzam być rozsądnym i do bólu przewidywalnym dorosłym, który nie wykonuje niczego więcej poza tym, co widnieje na jego codziennej „to-do-list”, który „odbębnia” swoje zawodowe obowiązki, a popołudnia lub wieczory spędza w ciepłych kapciach przed telewizorem. Taki poważny dorosły kurczowo trzyma się wybranych kiedyś lub narzuconych mu ról społecznych i nie zamierza dobrowolnie przyjmować nowych. Dlaczego? Ponieważ albo boi się tego uczynić, gdyż straciłby poczucie bezpieczeństwa, albo nie wierzy, że jakakolwiek zmiana w jego życiu jest możliwa. Tkwi więc latami, a czasami nawet do końca swych dni, niemal w tym samym punkcie…

Znam wiele takich osób – każdy ich dzień jest niemal identyczny, twarze mają szare, smutne i nijakie, a ich jedynym marzeniem jest spłata kredytu. Oczywiście nie twierdzę, że zobowiązania finansowe to błahostka, jednak wydaje mi się, że człowiek, jako istota stworzona na podobieństwo Boga, powinien w pierwszej linii dążyć do rzeczy wielkich, pięknych i wykraczających poza codzienne schematy.

Kim to ja nie chciałam być! Iluż wzniosłych rzeczy nie chciałam dokonać! Dokąd to ja nie pragnęłam pojechać! Oj, życie ze mną nie jest proste… W szkole podstawowej oznajmiałam wszem i wobec, że zostanę skoczkiem narciarskim i zmienię oblicze polskiego sportu, zaraz potem zakładałam zespół rockowy, który miał dokonać społecznej rewolucji, jako zbuntowana gimnazjalistka prowadziłam politycznego bloga i mając na uwadze dobro moich współobywateli planowałam zawładnąć krajową sceną polityczną, w liceum postanowiłam sobie, że zrobię wszystko, by zostać nauczycielem „na medal”, podczas studiów odkładałam na bilet do Afryki (w jedną stronę), w czasie szczególnej pobożności stwierdziłam, że fajnie byłoby zostać świecką Matką Teresą, a po studiach chciałam „wszystko rzucić”, by wyjechać do Nowego Jorku i zrobić światową karierę. Jako kto? Hm, dobre pytanie. Pytanie, na które sama niestety nie znam odpowiedzi…

Szalonych pomysłów miałam oczywiście znacznie więcej. Podałam tylko te najbardziej zwariowane. Ile z nich udało mi się do tej pory zrealizować? Niewiele. „No i po co zawracać sobie głowę takimi bzdurami?” – mógłby ktoś spytać z politowaniem. Ano po to, by nie stać w miejscu, by się psychicznie nie rozleniwiać, by mieć motywację do nieustannego podwyższania sobie poprzeczki, by nie zadowalać się byle czym, by poznać samego siebie. Mówiąc krótko – by móc przeżyć swój ziemski los w sposób piękny, wartościowy i… ciekawy. Gdyby nie moje szalone pomysły, cogodzinne zmiany decyzji, czy też wielotygodniowe, a czasem nawet wielomiesięczne, ba, wieloletnie starania o coś, nie osiągnęłabym tylu sukcesów, nie odkryłabym tajemnic własnego „ja”, nie poznałabym tylu fantastycznych ludzi i przede wszystkim nie rozwinęłabym i nie zacieśniłabym więzi z Bogiem.

Bóg? A jaki związek z tym wszystkim ma Bóg? Okazuje się, że bardzo duży. Bo On także jest szalony! Któż jak nie Bóg powołuje nas do rzeczy pozornie niemożliwych? Nie chciałabym podawać przykładów z mojego życia, to zbyt osobiste. Ale weźmy taką Siostrę Faustynę – skończyła kilka klas szkoły podstawowej, a stała się autorką, używając dzisiejszej biznesowej nomenklatury, bestsellera. Albo św. Teresa z Avila – nastoletnia modnisia, a później chorowita młoda kobieta, która obecnie uchodzi za jedną z najważniejszych świętych w historii Kościoła. Zreformowała Zakon Karmelitanek, na podstawie jej rozważań i zapisków wydano mnóstwo znakomitych książek, a dzięki swojemu temperamentowi pozytywnie namieszała w świecie duchownych. Pamiętaj jednak, że żadna z tych postaci nie dokonałaby w swoim życiu niczego wielkiego, gdyby nie miała odwagi przyjąć szalonej propozycji od Boga, gdyby sama nie stała się szalona.

I jeszcze jedna ważna sprawa – jako Boże dzieci mamy naturę naszego Ojca. A nasz Ojciec jest Stwórcą, co oznacza, że nieustannie coś kreuje, że nieustannie planuje nowe przedsięwzięcia. Szalone przedsięwzięcia! Czy masz odwagę stawić im czoła? Myślę, że warto. Zwłaszcza, że jesteś ku temu stworzony… 

Iwona Płotka