Być darem

W pracy, we wspólnocie oraz w gronie znajomych otaczają nas ludzie, którzy potrzebują zainteresowania, akceptacji i wsparcia emocjonalno – duchowego. Dajemy im to, co mamy najcenniejszego – naszą budującą obecność. Dzięki świadomości siebie i znajomości skutków życiowych doświadczeń, potrafimy obiektywnie spojrzeć na sytuację, w jakiej znajdują się nasi bliscy. Bez wątpienia jest to cenna umiejętność, która pomnaża dobro wokół nas. Nie można go przeliczyć żadną materialną miarą. I to jest ta dobra strona medalu. Natomiast bardzo rzadko mówi się o tym, że nie potrafimy nieść pomocy, robimy to w niewłaściwy sposób albo zatracamy w niej siebie. A do każdej formy kontaktu z drugim człowiekiem powinniśmy podchodzić rozważnie. Dlatego w tym miejscu nasuwa się pytanie – w jaki sposób ofiarowywać wsparcie, aby było wartościowe dla ludzi i nie zagrażało nam samym?   

Dam tyle, ile mogę wziąć

W mniej lub bardziej zażyłych relacjach wzajemna pomoc wydaje się być czymś naturalnym i oczywistym. I tak z pewnością jest. W końcu nic tak nie zbliża ludzi jak trudne doświadczenia. Radzimy sobie z nimi różnie – raz lepiej, a raz gorzej, jednak obecność bliskiej osoby pomaga nam w przezwyciężaniu przeszkód. Wszystko jest w porządku, kiedy w kontaktach międzyludzkich możemy liczyć na partnerstwo i gotowość drugiej strony do towarzyszenia nam w ciężkich chwilach. Jeżeli w naszym życiu przeważają relacje jednostronne, tj. takie, w których dajemy, ale nie możemy z nich czerpać, możemy zrobić sobie krzywdę. Łatwo wtedy przekroczyć granicę pomiędzy dawaniem siebie, a zatraceniem w niesieniu pomocy innym. Bo kto nas wesprze, kiedy będziemy tego potrzebowali? Nie jesteśmy przecież samowystarczalni…

Nie chcę przez to powiedzieć, abyśmy odcięli się od świata i ludzi. Nie o to chodzi. Musimy nauczyć się wchodzenia w zdrowe relacje, w których będziemy dobrym darem dla innych i tego samego powinniśmy oczekiwać. Utrzymywanie kontaktów nie dających nam wystarczającej przestrzeni na przeżycie siebie może sprawić, że emocjonalnie będziemy się „dusić” i zacznie nam towarzyszyć permanentna frustracja. To zupełnie naturalna rekcja, która pojawia się w momencie, kiedy nie możemy zaspokoić naszej głębokiej potrzeby budowania wartościowych związków. Warto, abyśmy dbali również (a może przede wszystkim) o siebie, chociaż często jest nam łatwiej zatroszczyć się o… kogoś innego.

W sidłach uwikłania

Paradoksalnie łatwiej jest doradzić komuś niż sobie. Obserwując drugą osobę i jej wewnętrzne zmagania, na ogół z dużą łatwością przychodzi nam wskazanie kierunku, w którym powinna podążyć. To kosztuje nas mniej wysiłku niż wzięcie odpowiedzialności za swoje życie. Często zupełnie nieświadomie uciekamy od przeżywania siebie, dlatego „karmimy się” satysfakcją z udzielenia pomocy bliskiej nam osobie. Być może dzieje się tak, ponieważ dostrzegamy w niej nasze niezaspokojone potrzeby i dlatego odczuwamy silną chęć do udzielenia jej wsparcia. Po prostu utożsamiliśmy kogoś z tym, co w nas pozostaje niezaspokojone. Z kolei my trwamy w stagnacji i nie ruszamy naprzód, skupiając naszą energię na kimś. To tzw. „system naczyń powiązanych” – dbamy o kogoś bliskiego, ponieważ istnieje konieczność i przyzwolenie na taką formę opieki, dzięki czemu mamy (skądinąd słuszne) poczucie spełnienia. Jednak tak bardzo zaniedbujemy przez to siebie…

Szkoda, ponieważ zdrowa i zrównoważona pomoc jest czymś pięknym i czystym. Nie możemy mówić o niej w kategorii poświęcenia, ale daru.

Niosąc dobro

Bóg ofiarował nam swojego Syna, który przez mękę na krzyżu odkupił nasze grzechy i stał się naszym Zbawicielem. Myślę, że to największy akt heroizmu, na jaki może zdobyć się ojciec. Ale nasz Tato nie zrobił tego, ponieważ spodziewał się od nas czegoś „w zamian”. Nie. Ten czyn miał początek w Jego nieskończonej miłości do każdego z nas. I tylko On potrafi kochać w taki sposób. Na ogół umiemy dawać siebie, ale jednocześnie potrzebujemy, aby ktoś nas odnalazł w naszej pustce i obdarzył swoją miłością… Chodzi tutaj o pewną komplementarność – zostaliśmy stworzeni w taki sposób, aby istnieć wśród ludzi. Aby dawać i brać. Nie ma w tym nic niewłaściwego. W momencie, kiedy jesteśmy silni, możemy nieść pomoc naszym bliskim. Ale kiedy to my jesteśmy słabi – powinniśmy mieć oparcie w drugiej osobie. Nie jesteśmy w stanie się tego wyrzec. Możemy próbować, ale na dłuższą metę przyniesie nam to więcej szkody niż pożytku. Uznajmy, że jesteśmy słabi i potrzebujący, a wtedy nasi bliscy, którzy wydawali się niezdolni do dawania nam wsparcia, zaczną dostrzegać nasze pragnienia. Nie wyręczajmy Jezusa w zbawianiu świata, bo mimo że uzdrowił wielu ludzi, niósł dobro i był sprawiedliwy – nie został za to należycie doceniony. Inna sprawa, że – w przeciwieństwie do nas – wcale o to nie zabiegał…

Bardziej niż w swoją siłę, uwierzmy w moc modlitwy! Jest przecież najbardziej intymnym gestem, jaki możemy ofiarować innym ludziom. Wyzwala nas również z presji „ratowania świata” w chwili naszej bezsilności. To dobrze! Po co byłby nam Bóg, gdybyśmy mogli polegać wyłącznie na sobie? A drugi człowiek? Nie szukajmy swojej chwały w czynieniu dobra, ale oddajmy Ją Stwórcy. Aby to uczynić, musimy posiadać przyjaźnie, z których będziemy czerpać energię do niesienia pomocy zgodnie z naszymi naturalnymi możliwościami. Dzięki temu w naszym „trójkącie relacyjnym” (ja, drugi człowiek, Bóg) każdy będzie zajmował właściwe miejsce i będzie zwyczajnie potrzebny… To solidny fundament wynikający z naszego człowieczeństwa. Jest ono na swój sposób niezwykłe, ale jednocześnie ułomne, dlatego „tylko w Bogu znajdzie spokój dusza moja, bo od Niego przyjdzie moje zbawienie”.

„Z całego serca Bogu zaufaj,
nie polegaj na swoim rozsądku,
myśl o Nim na każdej drodze,
a On twe ścieżki wyrówna (Przy 3, 5-6)”.

Zdawanie się na Boga wymaga od nas pokory i wielkiej ufności, które pomagają nam w budowaniu relacji opartych na właściwych podstawach. Z troską o drugiego człowieka i oczywiście nas samych.

W końcu wszyscy jesteśmy darami…