Zapach życia

Co może wywrócić życie człowieka do góry nogami? Jedni odpowiedzą, że szczera rozmowa z kimś godnym zaufania, drudzy, że pieniężna wygrana, jeszcze inni, że podróż w dalekie strony lub zmiana miejsca zamieszkania… Cóż, wszystkie te odpowiedzi wydają się być sensowne i prawidłowe. Sama doświadczyłam, jak bardzo potrafi się zmienić nasze postrzeganie rzeczywistości dzięki wymarzonemu wyjazdowi, spotkaniu mądrego i dobrego człowieka, czy też niespodziewanemu przypływowi gotówki… Takie sytuacje zdarzają się jednak stosunkowo rzadko, prawda?

Tak często skupiamy się na tym, co pompatyczne, doniosłe, niecodzienne, a zapominamy, że każda drobnostka może pozytywnie namieszać w naszym życiu… Przecież wszystko, co istnieje jest dziełem Boga, wszystko zostało stworzone po to, by nam służyć, by nas przemieniać. Tymczasem my czekamy na wydarzenia rodem z Apokalipsy, a nie zauważamy dyskretnych, powszednich impulsów wysyłanych nam przez Pana Boga w celu zmiany naszego życia. A jest ich naprawdę dużo…

Sama się o tym przekonałam. Przez niemal 10 lat toczyłam walkę z poczuciem wyobcowania, izolowaniem się od bliskich oraz brakiem wiary w sens relacji międzyludzkich. Zrozpaczona sięgałam po opasłe tomiska z dziedziny psychologii, zwracałam się o pomoc do różnego rodzaju autorytetów, mówiąc krótko – stosowałam „wyraziste” i wymagające metody. Co prawda rezultaty się pojawiały, ale przychodziły wolno, za wolno. A ja wpadałam w coraz większą panikę, ponieważ czułam, że młodość mi ucieka, że tracę najpiękniejsze lata życia…

W końcu nadszedł moment rezygnacji, dania za wygraną. Obrażona i naburmuszona postawiłam Bogu ultimatum: albo natychmiast (!) mi pomoże albo zrywam naszą więź… Nie dość, że odpowiedź przyszła ekspresowo, to jeszcze w dość szalonej formie… Bo „szaleństwo” to drugie imię Boga. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ale przejdźmy do szczegółów.

To był jeden z tych „zwyczajnych” i „nudnych” dni – ot, taka tam jesienna i kapryśna pod względem pogody sobota. Jako że poranek spędziłam aktywnie, na świeżym powietrzu, to popołudnie zarezerwowałam na spokojne czytanie książek. Trochę znużona i zniechęcona ostatnimi rozczarowaniami, weszłam na klatkę schodową i nagle go poczułam: obłędny zapach dopiero co upieczonego ciasta ze śliwkami! Pech chciał, że akurat wracałam z ciężkiego treningu, więc głodna i zmęczona zamierzałam czym prędzej „czmychnąć” do swojego mieszkania. Nie udało mi się to jednak. Po pierwsze mój „wewnętrzny głos” mnie wstrzymywał, a po drugie zapach był tak silny i tak cudowny, że musiałam przystanąć. I stałam tak na tych nieszczęsnych schodach, rozkoszując się smakowitym aromatem śliwkowej babki. Nie wiem ile czasu spędziłam w tej pozycji. Może kilka, a może kilkanaście minut? Całkowicie straciłam poczucie czasu. Dobrze, że żaden z sąsiadów nie zechciał wtedy wyjść z mieszkania…

Nagle przypomniały mi się najpiękniejsze chwile mojego dzieciństwa – wspólne z mamą pieczenie ciasta w niedzielny poranek, radość z odwiedzin kuzynów, rodzinne słuchanie radia, wieczorki filmowe z braćmi, beztroskie przechadzki brzegiem morza… Takich pięknych przeżyć mogłabym wymieniać i wymieniać… Jednak najcieplej na sercu zrobiło mi się gdy wspominałam pomaganie mojej mamie przy pieczeniu babki ze śliwkami… To był taki nasz coniedzielny rytuał. Siadałam wtedy na swoim wysokim krześle i bacznie obserwowałam każdy ruch mojej mamy, która później podsuwała mi miskę ze wszystkimi składnikami, bym mogła je zamieszać. A później czuwałam przy piekarniku, rozkoszując się pięknym zapachem unoszącym się w całym mieszkaniu…

Nie wiem dlaczego akurat to wspomnienie wywołało we mnie tak silne i tak pozytywne emocje. Może dlatego, że w ciągu tej godziny kuchennej krzątaniny miałam mamę tylko dla siebie, co w tygodniu pracy prawie nigdy się nie zdarzało? Może dlatego, że to była niedziela – dzień odświętny, zarezerwowany tylko dla rodziny? Chyba obie te odpowiedzi są prawidłowe.

Zrobiło mi się gorąco, w żołądku poczułam dziwne kłucie, a po policzkach spływały coraz to większe łzy… Coś we mnie „pękło”. Dzieciństwo… Byłam wtedy w pełni sobą, nic mnie nie krępowało, a największą radość sprawiały mi relacje międzyludzkie. Miałam taką szczęśliwą i uporządkowaną duszę… Kiedy i jak straciłam ten skarb?

Nie wiem. Działo się to powoli. Ale chyba nie warto roztrząsać tej kwestii. Bo w mgnieniu oka wszystko się zmieniło. Wróciłam do korzeni, wróciłam do… życia. I pomyśleć, że za moje zmartwychwstanie odpowiedzialny jest „najzwyczajniejszy” w świecie zapach ciasta…

Iwona Płotka