Doświadczyć siebie

Doświadczyć siebie

Nasza wiara powinna być świadomym i dobrowolnym aktem woli. Ten racjonalny „korzeń” spełnia bowiem określoną rolę – ma dać nam siłę do wzrastania i trwania w Bogu, niezależnie od tego, jakie burze targają naszym życiem. Z pewnością jest to słuszne założenie, jednak w moim przekonaniu wiara bez żywego doświadczenia relacji ze Stwórcą obumiera. Nierzadko boimy się przeżywać siebie, tak mocno, do głębi, zwłaszcza w kontakcie z Bogiem. Jesteśmy przecież istotami emocjonalnymi i nie możemy wyprzeć się swojego jestestwa. Często mamy jednak tendencję do intelektualizowania nas samych i logicznego wyjaśniania sobie tego, co nas spotyka. Uczymy się mówić: „niech się dzieje Twoja wola”, ale tak rzadko dodajemy „boję się tego, co się stanie…” A przecież w Bogu doświadczamy pełni zjednoczenia myśli, emocji i ducha, osiągając najwyższy stopień człowieczeństwa.

Naprzeciw emocjom

Jedną z najpowszechniejszych ludzkich obaw jest lęk przed odrzuceniem. Staramy się zdobyć aprobatę otoczenia, „wtapiając się” w tłum i zatracając tym samym naszą unikatową wartość. Zapominamy, że każdy z nas jest wyjątkowy, wybrany i powołany do wielkich oraz pięknych rzeczy. Nie jesteśmy, bynajmniej, „jednymi z wielu”, choć tak właśnie się postrzegamy. 

Myślę, że stąd bierze się nasze przywiązanie do przeciętności i niechęć do wyrażania własnej indywidualności.

Nie umiemy, i przez to nie zawsze chcemy, otworzyć swoje serce przed ludźmi, spodziewając się odrzucenia. Nie jesteśmy jednak świadomi, że brak przyjęcia nie jest ciosem zadanym nam przez drugiego człowieka. To my sami ranimy siebie i stygmatyzujemy się za naszą odmienność. Trudno nam dostrzec, że taka postawa przypomina miecz obosieczny – uderzamy nim w siebie, ponieważ tak naprawdę nie akceptujemy swojego ja. Takie doświadczenie niszczy w nas również pozytywny obraz drugiego człowieka. Wszystko byłoby prostsze, gdybyśmy potrafili przyjmować siebie i nie uzależniali poczucia naszej wartości od innych… Siła naszych projekcji przenoszonych na otaczających nas ludzi ma ogromną moc i oddziałuje przede wszystkim na nas.

Być może dlatego tak trudno jest nam zajrzeć w głąb siebie i skontaktować się z własnymi emocjami.

Presja oczekiwań

Uczymy się wybaczać drugiemu człowiekowi, co samo w sobie jest piękne i warte pielęgnowania. Czy mamy tę wyrozumiałość względem siebie? Parafrazując słowa modlitwy Ojcze nasz… „i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy… sobie”. Paradoksalnie, łatwiej jest nam spojrzeć łaskawszym okiem na bliźniego, o ile oczywiście jego zachowanie nie budzi w nas negatywnych reakcji. Zaskakująco szybko potrafimy wytłumaczyć i usprawiedliwić to, co robi, mając jednocześnie problem z okazaniem sobie cierpliwości, kiedy znajdujemy się w podobnej sytuacji.

Mamy wobec siebie mnóstwo oczekiwań, które chcielibyśmy spełnić za wszelką cenę. Ślepo podążamy za tym idealnym wyobrażeniem siebie i każdego dnia wkładamy mnóstwo starań w to, aby im sprostać. Często wpadając przy tym w sidła perfekcjonizmu, ponieważ w ten sposób staramy się zasłużyć na miłość drugiego człowieka.

Postawienie sobie wygórowanych standardów męczy, nie pozwala odpocząć, spina nasze ciało i utrzymuje je w stanie ciągłej gotowości do walki. W imię czego? W imię utrzymania wątłego poczucia własnej wartości, które uzależniamy od tego, w jaki sposób (i czy w ogóle) przyjmą nas ludzie. To przypomina budowanie zamku z piasku. Przy wschodzie słońca zaczynamy stawiać kruchą budowlę, dodajemy do niej kolejne upiększenia, pozwalamy, aby błyszczały i by drugi człowiek mógł z nich korzystać. W momencie, kiedy zaspokoimy nasz emocjonalny głód akceptacji, możemy chwilę odetchnąć i delektować się tym specyficznym wytworem. Nie na długo. Wraz z nadejściem nocy, kiedy gaśnie słońce i znikają ludzie, morski przypływ zabiera to, co z takim uporem i konsekwencją tworzyliśmy.

Następnego dnia zaczynamy starać się od nowa, nigdy nie osiągając zaspokojenia…

Łamiąc schemat

Tak długo będziemy trwać w tym patologicznym statusie quo, jak długo będziemy szukać napełnienia w drugim człowieku. Oczywiście, nie jest łatwo zrezygnować z tego, czym żywiliśmy się od lat, choćby było to najbardziej szkodliwe. Zwyczajnie nie znamy innego sposobu na doświadczenie pełni siebie. Umysł ludzki ma tendencję do sięgania po to, co jest znane, nawet jeżeli jest patologiczne. Dlatego nie możemy się dziwić, że reaguje lękiem na nowe i nieodkryte. Ale taki moment porzucenia starego ja musi nadejść i nie będzie to prosty i przyjemny proces. Poczucie straty, obawy i emocjonalna walka o siebie oraz swoją niezależność to długa bitwa, w której (zwłaszcza na początku) będzie nam towarzyszyło wiele upadków, ale z czasem zaczną pojawiać się pierwsze sukcesy.

To jest najlepszy moment na to, aby zaprosić Boga do naszego serca, który przecież obiecał:

„Bo góry mogą ustąpić
i pagórki się zachwiać,
ale miłość moja nie odstąpi od ciebie
i nie zachwieje się moje przymierze pokoju,
mówi Pan, który ma litość nad tobą”.

(Iz, 54, 10)

Uczmy się razem z Bogiem doświadczać uwolnienia z więzów zależności od ludzi, którymi się otoczyliśmy! Jedynie w Nim możemy doznać zaspokojenia naszych braków. W jaki sposób? Powierzając Mu naszą nędzę, bezsilność, lęk, wszystkie emocje, które nami targają… Niech one ożywią tę relację i staną się czymś, co w piękny sposób uzupełni decyzję o trwaniu w Nim. Przeżywajmy smutek w Bogu z powodu naszej biedy, ale i pamiętajmy o tym, aby rozradować się sobą w Jego obecności. Zapraszajmy Go każdego dnia do naszego serca – niech pokazuje nam prawdę o nas samych. Nie tę, którą kreujemy, ale pokazującą, jacy jesteśmy naprawdę. Jego światło potrafi wiele zdziałać i mocno zachwiać posadami naszego dotychczasowego świata. „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa” (Łk, 9, 24).

Tak trudno jest zrezygnować z tego, do czego się przywiązaliśmy i co wyznacza rytm naszego życia! Tak już jest i nie bójmy się sami przed sobą przyznać do tej słabości. Pamiętajmy, że człowiek dotknięty przez Boga już nigdy nie będzie taki sam. To daje nadzieję na to, że możemy razem z Nim przetrwać „okres przejściowy”, gdzie będziemy odwracać się od poszukiwania siebie w drugim człowieku i skierujemy swoje poszukiwania do Niego. W Nim możemy odzyskać wolność i dostać solidne oparcie, ponieważ On nigdy nie odwraca się od nas, nie zawodzi. Jego obecność w naszym życiu nie jest zależna od tego, co robimy, nie musimy na nią zasługiwać.

On da nam to, czego nigdy nie otrzymamy od ludzi – bezwarunkowe przyjęcie i tę samą, niezmienną, szaloną do granic ludzkich możliwości (wręcz przekraczającą ją!), miłość. W Jego oczach wszyscy jesteśmy jej godni, każdy z nas jest jej wart. Pozwólmy się nią obdarować…

Przemek Sobolewski