Nie szukaj męża! Nie szukaj żony!

Nie lubię, gdy ludzie narzekają. No dobrze, jeżeli mają ku temu naprawdę poważny powód, to jeszcze jestem w stanie jakoś zaakceptować i zrozumieć uskarżanie się na swój ciężki los. Ale gdy ktoś płacze i wyrywa sobie włosy, bo jest „w takim zaawansowanym wieku” (26 lat…) i jeszcze nie ma męża, tudzież żony, to wtedy ja, wzór spokoju, powściągliwości i rozwagi, natychmiast tracę panowanie nad sobą…

A już zupełnie mnie ponosi, gdy słyszę, że osobnik ten od wielu, wielu lat poszukuje kandydata do zawarcia małżeństwa. I w dodatku robi to rozpaczliwie… Nie, nie namawiam nikogo do bezczynności. Wręcz przeciwnie – należy wyzbyć się lenistwa i „nicnierobienia” ale nie w tym kontekście. Po prostu trzeba ZAJĄĆ SIĘ ŻYCIEM – sumiennie i z zachwytem wypełniać swoje codzienne obowiązki. Kochać swoją pracę, swoje studia lub swoją szkołę. Bez reszty oddawać się pasjom. A to wszystko wymaga wyjścia z domu. Ba, to wymaga ogromnej odwagi, siły i wytrwałości.

Gdy człowiek oddaje się życiu, to cała reszta przychodzi „SAMA”. U jednych prędzej, u innych później, ale przychodzi. Niekoniecznie w formie małżeństwa. Nie wszyscy są powołani i zdolni do małżeństwa (Mt 19, 10-12), choć zdecydowana większość z tych nienadających się uparcie twierdzi, że jednak się nadaje, przez co szkodzi sobie samej i bliźnim... Jakaś dziwna mentalność panuje ostatnio w społeczeństwie, szczególnie w kręgach kościelnych. W wielkim skrócie – jeżeli nie masz męża/żony, to twoje życie jest mniej wartościowe, to coś z tobą jest „nie tak”.  Nieprawda. Nikt z nas nie potrzebuje żadnej „drugiej połówki”. Jedyne, czego naprawdę wszyscy potrzebujemy to piękna i mocna relacja z Bogiem. A tak na marginesie – człowiek nie jest żadną połówką. Człowiek jest całością. Całością stworzoną na Boże podobieństwo i samostanowiącą o sobie samej.

Tak więc samo zaangażowanie w życie wystarcza, aby osoby powołane do małżeństwa odnalazły swoją miłość. Miłości się nie szuka. Ona po prostu się znajduje. Znajduje się wtedy, gdy autentycznie żyjemy.

Przykłady? Proszę bardzo. Moja mama poznała mojego tatę, gdy wracała z pracy. Po prostu. Ani Ona nie szukała męża, ani mój Tata nie szukał żony. Oboje pracowali, mieli swoje pasje, nie czuli, jak to teraz młodzież mówi, „ciśnienia”, by kogoś poznać. To się zdarzyło „przy okazji”.

Jeden z moich znajomych poznał swoją żonę na wakacjach. I znowu – ani on ani ona nie szukali sobie partnera. To się po prostu stało. Mało tego – Krystian ciągle siedział w książkach albo majstrował przy samochodzie, a na wszelkie zaloty dziewczyn (miał chłopak powodzenie!) reagował tylko ciężkim westchnieniem. Nic zatem nie wskazywało na to, że wkrótce się ożeni. Ba, nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek się ożeni. A tu ni z gruszki ni z pietruszki oświadcza mi pewnego dnia: „Byłem u księdza. Za miesiąc ślub.”

Takie pozytywne przykłady mogłabym mnożyć. Niestety mogłabym mnożyć również te negatywne. Pominę szczegóły, powiem tylko, że ci ludzie właśnie szukali sobie męża/żony, a teraz tworzą nieszczęśliwe małżeństwa. A w zasadzie nieszczęśliwe rodziny… I właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze – że muszą cierpieć także niewinne dzieci…

Z politowaniem obserwuję niektórych ludzi. Zapisują się oni na różne zajęcia artystyczne, sportowe, a nawet (o zgrozo!) wstępują do katolickich wspólnot, nie po to, by poznać nowych ludzi, zachwycić się nimi oraz zrobić dla nich coś dobrego i nie po to, by rozwinąć swoje pasje, umiejętności, czy wiarę, lecz po to, by znaleźć sobie dziewczynę/chłopaka. To jest żenujące oraz uwłaczające ludzkiej godności. I zawsze kończy się nieszczęściem. Uwierz mi.  

Przestańmy w końcu fiksować na punkcie małżeństwa! Ono nie jest celem naszego życia. Celem naszego życia jest zbawienie. I nie ma tu najmniejszego znaczenia, w jakim stanie cywilnym je osiągniemy...  

Iwona Płotka