Twoja wola

 

Niech Twoja, nie moja wola się dzieje

Chwile, kiedy w naszym życiu znów coś poszło nie tak, nie należą do przyjemnych. Przeżywana wówczas gorycz porażki jest w naszym ludzkim rozumieniu czymś całkowicie naturalnym. Podobnie jak i rozpamiętywanie przeszłości – wypominamy sobie, że mogliśmy postąpić inaczej, lepiej, słowem – uchronić się przed niepowodzeniem. Jednak zbyt rzadko zdajemy sobie sprawę, że jest ono tylko skutkiem naszych oczekiwań. Tworzymy alternatywną wersję rzeczywistości i usilnie pragniemy, aby ta wizja stała się jak najbardziej realna. Jesteśmy szalenie krótkowzroczni, ponieważ zapominamy „skonsultować” ją z Bogiem, zaaferowani budowaniem kolejnego zamku na piasku… Ludzie nazwą to porażką, ale tak naprawdę to szansa na zrobienie Stwórcy miejsca w naszym życiu. Szansa, dzięki której możemy zacząć działać zgodnie z Jego wolą.

Wypłyń na głębię

Tylko w jaki sposób odkryć ten – wydawałoby się niepojęty – zamysł? Poprzez rozważania poprzedzone modlitwą. Jednak nie zawsze będziemy mieli poczucie całkowitej pewności co do słuszności podjętych decyzji. W końcu nie jesteśmy wszechwiedzący. Co wtedy? Wchodźmy w daną sytuację z przekonaniem, że jeśli nie pochodzi od Boga, to nie przyniesie nam owoców. Zmierzmy się z niepowodzeniem i nie bójmy się go! Dopiero wtedy oszczędzimy sobie prawdziwego bólu i cierpienia…

Bóg zachęca nas do tego, abyśmy „wypłynęli na głębię”. On nieustannie towarzyszy nam w łódce naszego życia i przechodzi z nami przez każdą burzę, która nas spotyka. Zwyczajnie czuwa nad nami. Pozwala również na to, abyśmy poobijali się, doznali ran i poznali gorycz upadku. Nie po to, by nas upokorzyć, ale wyzwolić z więzów samowystarczalności.

Bądź wola Twoja

Przykładem doskonałego i całkowitego oddania się Bogu jest Maryja. Mówiąc kolokwialnie, przyjęła „w ciemno” Jego zamysł i – jak doskonale wiemy – stała się matką Jezusa. „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38).

Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę z wielkości tego poświęcenia. Przekładając tę historię na dzisiejszy język, była po prostu panną z nieślubnym (!) dzieckiem. Józef, chcąc oszczędzić Jej społecznego ostracyzmu, chciał Ją oddalić. Jednak ostatecznie (znów dzięki interwencji Stwórcy) otoczył Ją opieką. Później tułali się wiele kilometrów, a kiedy nadszedł moment rozwiązania, musiała rodzić w spartańskich warunkach…

W naszym rozumieniu stresujące musiało być dla niej zniknięcie kilkunastoletniego Jezusa, który udał się do świątyni, by tam nauczać. Kiedy Go wreszcie znalazła, usłyszała brzmiące dosyć szorstko (oczywiście znowu według mojej ograniczonej, ludzkiej interpretacji) słowa: „Kto jest moją matką i moimi braćmi?” (Mk 3, 33). Maryja przeżyła też największą tragedię matki – była świadkiem wydania Jej Syna na śmierć i Jego agonii na krzyżu. Wszystko to przyjęła z pokorą swego czystego serca.

Rezygnując z kontroli

O ile spokojniejsze byłoby nasze życie, gdybyśmy nie ulegali pokusie zamartwiania się. Martwimy się o to, czy będziemy mieli pracę, martwimy się o dom, pieniądze, chcemy jak najlepiej wypaść w oczach innych ludzi… Te starania kosztują nas wiele energii, a wystarczy tylko zawierzyć Bogu i zdać się na Jego wolę. Stajemy się zakładnikami myśli i emocji, z którymi nie potrafimy sobie poradzić i nie możemy pogodzić się z tym, że nie wszystko zależy wyłącznie od nas samych. Zróbmy po prostu tyle, ile jest w naszej mocy. To wystarczy. Jeżeli oddajemy Bogu nasze doczesne sprawy, to niezależnie od rezultatu da nam to poczucie siły i bezpieczeństwa. Nauczmy się przegrywać, czyli w ludzkim rozumieniu godzić się na to, że nie zawsze będzie tak, jak sobie wymyśliliśmy.

Zaufałem Panu i już niczego nie muszę się lękać

Bóg zapewnia nas, że nie zostaniemy porzuceni na pastwę losu. Zwłaszcza, kiedy jesteśmy słabi, obolali, nie mamy na siebie pomysłu i kolejny raz upadliśmy pod ciężarem własnych niedomagań. To jest – paradoksalnie – doskonały moment na to, aby Bóg zaprowadził w naszym życiu swój porządek. O ile oczywiście Mu na to pozwolimy…

„W tym dniu podniosę szałas Dawidowy,
który upada,
zamuruję jego szczeliny,
ruiny jego podźwignę
i jak za dawnych dni go zbuduję,
by posiedli resztę Edomu i wszystkie narody,
nad którymi wzywano mojego imienia
- wyrocznia Pana, który to uczyni”. (Am 9, 11-12).

Jest to bardzo jasne przesłanie i aby je przyjąć potrzebujemy oblec nasze serca w pokorę i wykazać gotowość do poświęcenia. Tak, jak to uczyniła Maryja. Straty, których doznajemy na drodze życia doskonale nas w tym hartują. Sam uczę się postępować w ten sposób i muszę przyznać, że pokusa popadania w smutek i oddania się marazmowi jest bardzo silna. Przyzwyczaiłem się do nich i na swój sposób jest mi wygodnie w nich trwać. A okazji ku temu mam ostatnio całkiem sporo – nie mogę  zbudować relacji, na której mi zależało; mieszkanie, które chciałem wynająć ma już innych lokatorów i nadal nie mogę znaleźć pracy zapewniającej mi poczucie samorealizacji. Przynajmniej na razie.

Uczę się z ufnością patrzeć na te wszystkie – w ludzkim rozumieniu – porażki. I uczę cieszyć się tym, że coś mi nie wyszło. Po prostu nie pochodziło to od Boga. Jeżeli miałbym robić coś wbrew Jemu, nawet gdybym czerpał z tego satysfakcję, to nie mógłbym być tak do końca szczęśliwy. Nie szkodzi. Bóg każdego dnia zachwyca się mną (podobnie jak każdym człowiekiem), a ja staram się doceniać to, co już zdziałał w moim życiu. Wiem, że chce dla mnie jak najlepiej i cały czas zaskakuje mnie swoim działaniem. Dlatego chcę po ludzku przegrywać, aby zwyciężać. Z Bogiem.

Przemek Sobolewski