Zamurowani codziennością

 

Są takie dni, kiedy nie mam sił. Psychicznych, duchowych i fizycznych. Spiętrzenie obowiązków, które tworzą mur, sukcesywnie zakrywający widok na cokolwiek poza nim. Nie myślę wtedy o niczym, poza przetrwaniem. Brak wzniosłych marzeń i pragnień wykraczających poza instynktowną potrzebą przetrwania. Kiedy doba wydaje się być za krótka a szereg spraw głośno dzwoni, niczym dzwonek telefonu. Pospiesznie zaglądam w ekran swojego smartfonu, gdzie widzę świat czy raczej jego okruchy. Ktoś w sieci chwali się swoimi radościami, ktoś komuś składa życzenia. Robię to i ja. Nie zastanawiam się nawet, czy nie lepiej byłoby zadzwonić.

Dzień biegnie jak maratończyk po medal. U kresu tego biegu czeka wieczór. Wtedy, kiedy gdzieś spod poduszki wołają szepty sumienia. Uspokajam je, że „pogadamy jutro”. Jutro nadchodzi. Rozpoczyna się szybkim łykiem kofeiny z zaspanej filiżanki. Rozpoczyna się kolejny bieg. Przepychanka przez kolejkę obowiązków. Bez czasu na rozmowę z własnym sumieniem. Kiedy do głosu dopuszczam dźwięki wiadomości, które są przystankiem w dniu wypełnionym po brzegi, zaczynam tęsknić za głosem szepczącego cichutko sumienia. Cichy szept potrzebuje natężenia słuchu. Dzisiejszy świat. Nie chodzi w nim nawet o posiadanie, zdobywanie. Często chodzi o to aby przetrwać. W biegu zerkamy na wyświetlacze ekranów. Stoimy pod swoimi murami. Czekamy. Na wyrok, na rozbiórkę tego muru, na siły aby go przeskoczyć, wydłubujemy pojedyncze cegły. Tymczasem na ścianie wisi Krzyż. Zagląda z dachu Kościoła, z łańcuszka na piersi…

Stojąc pod murem codzienności wspinamy się często bez zabezpieczenia do góry. Upadamy, kalecząc się. Wierzymy naiwnie, że wyrosną nam skrzydła a życie toczy się dalej za tymi murami. Tymczasem Krzyż jest jak drabina. Możemy się po nim wspiąć i o niego oprzeć. Wzniosłość porównania i piękne myśli to prawdopodobnie zbyt mało. W praktyce trudniej. Zwłaszcza, kiedy cowieczorne szepty zagłuszane są poduszką i potrzebą odpoczynku. Może nawet tylko snu bo o odpoczynek po nieustannie trwających pracach budowlanych i wspinaczce po obowiązkach trudno.   

Kiedy nie mam siły na modlitwę, taką według mnie owocną i zaspokajającą pragnienie. Kiedy zagłuszam swoją duchowość a do głosu dopuszczam żal, głód ciszy, zamykam oczy i staram się sercem popatrzeć na Krzyż. Tylko wtedy można zobaczyć, że to nie my biegniemy, to życie biegnie. Nie warto się z nim ścigać. To tak, jakby się mierzyć z bieżnią na siłowni.  Krzyż, na który patrzę jest pusty. Ten, Który Go niósł cały czas idzie ze mną. Idzie przy nas, obok. Mówi w sumieniach i chociaż ”duch ochoczy” to zmęczenie wygrywa i czasem nie dopuszczamy Go do głosu. Trzeba przez pryzmat Krzyża zobaczyć wszystko inaczej, popatrzeć miłością. Wciąż się tego uczę. Wspinać się po Krzyżu na mur z tych wszystkich spraw codzienności.

W biegnącym czasie, w hałasie miasta, spójrzmy dalej niż na wyświetlacz. Dotykowe wyświetlacze dotykiem powiększają czcionki i obrazy. Dotykając Krzyża powiększamy miłość. Krzyż uczy miłości a tylko z nią widać to, co niedostrzegalne.  Zauważam dzięki Niemu, że tak jak kiedyś pod Krzyżem, tak pod moim murem codzienności ktoś stoi. Ktoś mi pomaga się wspiąć, ktoś niesie cegły z obowiązków, ktoś mnie ciągnie do góry. Może ten mur nie runie ale nawet jeśli „głową nie przebiję” tego muru to miłością zobaczę, że może właśnie on ratuje mnie przed czymś gorszym…

Warto patrzeć na Krzyż. Używać Go i dotykać. To tam, czekają na nas najważniejsze wiadomości.

Panie przypominaj nam o tym i uwrażliwiaj na Twoje sygnały.

Iwona Sakrajda