W poszukiwaniu miłości

 

Dzięki najbliższym osobom zyskujemy cenne poczucie przynależności i akceptacji. W takich relacjach możemy realizować siebie jako człowieka – bez cienia pozerstwa, udawania, bez zakładania masek. Po prostu wzrastamy w nich, stając przed sobą (i innymi) w prawdzie. To ważne, ponieważ doświadczenie przyjęcia nas takimi, jakimi jesteśmy – z naszymi słabościami, grzechami, z tzw. „przeszłością” odbiera moc jednemu z najsilniejszych lęków – obawie przed odrzuceniem. Związki z ludźmi są również źródłem wiedzy o nas samych. A ta jest nam potrzebna, ponieważ najtrudniej jest spojrzeć na siebie obiektywnie. Oczywiście, opinie osób, które znają nas „od podszewki” też nie będą bezstronne, ale mają jedną, niezaprzeczalną zaletę – uwypuklają nasze mocne strony. I pomagają w odwróceniu wzroku od towarzyszących nam niedostatków. Niedostatków, które są najczęściej wytworem naszej wyobraźni.

Bycie przyjętym

Dobre słowa mają wielką moc. Równie wielką, o ile nie większą, niż te złe, destruktywne. Chcemy usłyszeć (i nie ma w tym nic egoistycznego), że nasza obecność jest dla kogoś ważna. Nierzadko nie przyznajemy się do tego pragnienia, choć otrzymanie takiej prostej afirmacji daje nam wewnętrzną wolność i swobodę w wyrażaniu siebie na zewnątrz. A dzięki „nasiąkaniu” miłością płynącą ze strony drugiego człowieka zmieniamy naszą perspektywę patrzenia na siebie i świat. To zresztą widać. Jest w nas więcej łagodności, radości i pokoju, którym promieniujemy tam, gdzie się znajdujemy. Pomnażamy otrzymany dar. To bardzo ważne, ponieważ mamy tu do czynienia z tzw. „efektem polaryzacji” – co dajemy, wraca do nas i za naszym pośrednictwem trafia do innych, także potrzebujących opieki, ludzi.  

  Miejscem, w którym powinniśmy byli otrzymać pełnię miłości jest dom rodzinny. Niestety, z różnych względów to z założenia idealne miejsce do wzrastania w atmosferze ciepła i dobra nie spełniło swojej roli. Zranienia, których doświadczyli nasi rodzice, w mniej lub bardziej świadomy sposób zdeterminowały ich zachowanie. W efekcie przenieśli na nas własne wewnętrzne konflikty, a często i bezsilność wobec bólu zadanego im przez ich opiekunów. Zranienia przekazywane są więc dalej, choć wcale nie musi tak być… Przekazywany jest także lęk przed odrzuceniem.

W drodze ku (nie)spełnieniu

Sprzyja mu wzrastanie w niepewnym otoczeniu. Otoczeniu, które nie zapewnia całkowitej akceptacji młodemu człowiekowi, szalenie jeszcze wrażliwemu na bodźce płynące ze świata zewnętrznego. Ta niestałość domu rodzinnego wyzwala w dziecku nieustanną chęć dążenie do tego, aby zostać w końcu przyjęte. Nie ma przecież innych ludzi, którzy byliby dla niego całym światem… Tutaj też rozgrywa się tragedia, która trwale naznacza jego kształtującą się jeszcze psychikę, stając się swego rodzaju „stygmatem”.

Dorosłe już dziecko – w momencie tzw. „wyjścia na świat” – niesie z sobą wielką tęsknotę za miłością i otrzymywaniem zainteresowania od osób, które przypominają mu jego rodziców. I rzeczywiście, wkłada wiele wysiłku, aby wreszcie doświadczyć tych słabo znanych mu doznań, jednak nigdy nie zazna pełni „nasycenia” w mniej lub bardziej niedoskonałych relacjach z ludźmi. Stąd też, kiedy nie otrzymuje tyle uwagi, ile oczekiwałoby, pojawia się w nim przykre uczucie odrzucenia. Tyle że w rzeczywistości wystąpiło ono wyłącznie w… jego świadomości. Można powiedzieć, że jest to samoodrzucenie. Dziecko, które nie nauczy się przyjmować siebie, na zawsze będzie uzależnione od poszukiwania uwagi u innych osób. Źródło akceptacji nie powinno znajdować się w drugim człowieku. Oczywiście jego obecności nie da się przecenić, zwłaszcza jeśli doświadczamy w ten sposób Bożego działania. Niemniej potrzebujemy również (a może – przede wszystkim) czasu na osobiste, bezpośrednie spotkanie z Tatą, który napełnia nas swoją miłością. W najpełniejszy i najdoskonalszy sposób przekraczający ograniczone ludzkie możliwości.

„Nasz Bóg jest potężny w mocy swej…”

Niedawno przypomniałem sobie jak wielką moc posiada… cisza. A dokładnie – trwanie w niej w skupieniu na głębokiej modlitwie skierowanej właśnie do Boga (choć ja najczęściej modlę się do Jezusa). W codziennym zgiełku i zabieganiu jest to najlepszy moment na refleksję nad sobą i swoim życiem, na głębokie pochylenie się oraz wzruszenie się nad swoim poranionym sercem.  A także na jakże prosty, ale potrzebny gest – ucieszenie z tego, że jesteśmy, że istniejemy. To otwiera drogę do przyjęcia siebie i zaproszenia Jezusa do tych wszystkich miejsc, które wymagają mocy Jego uzdrowienia.

„Przytul mnie Jezu tak mocno do siebie, ukryj głęboko na dnie swego serca…”

On przychodzi do nas poprzez poruszenie, przez smutek i żal nad własną niedolą czy niezaspokojeniem. Ale i przez radość z tego, że stworzył nas takimi, jakimi chciał, abyśmy byli. W momencie takiej modlitwy istniejemy tylko my i On, dzięki czemu możemy poczuć, że jesteśmy dla niego najważniejsi! Nie liczy się nikt inny. Jezus wyczekuje nas, pragnie naszej obecności i oddawania Mu na modlitwie tego, co nas boli. Takie „wejście w siebie” pozwala doświadczać przemieniającej mocy Jego miłości. Jego uzdrowienia, Jego łask, które chce wylewać na nasze strudzone serca. Na tym najgłębszym emocjonalnym poziomie dokonują się Jego cuda.

Moc uwielbienia

Zgoła odmiennym, bo skupionym na zewnątrz, sposobie doświadczania miłości Chrystusa jest uwielbienie. To absolutnie niezwykły i fantastyczny moment, kiedy odrywamy oczy od siebie, od swoich słabości i niedomagań, skupiając się właśnie na Nim oraz na Jego obecności w naszym życiu. Myślę, że poprzez uwielbienie możemy doświadczyć namiastki zjednoczenia z Jezusem. Tego niemalże mistycznego momentu, kiedy to On jest na pierwszym miejscu. Wystarczy tylko przyjmować Jego miłość bez zadawania zbędnych pytań… On nas nią wypełnia, co właściwie oznacza jedno – nasze potrzeby i braki wreszcie zaczynają być zaspokajane. Tego nigdy nie da nam żaden człowiek. To też piękna chwila, w której możemy spojrzeć na siebie Jego oczami pełnymi zachwytu. Dzięki temu możemy uczyć się miłości do siebie, jednak wszystko zaczyna się u źródła, czyli w Jezusie. Jezus jest przyczyną i skutkiem naszego uzdrowienia, początkiem i końcem naszej duchowej przemiany. On uosabia wszystko.

On jest wszystkim.

Przemek Sobolewski