Idź na majowe!

 

Kiedy ostatni raz uczestniczyłeś w nabożeństwie majowym? Czy przypadkiem nie miało to miejsca tuż po przystąpieniu do I Komunii Świętej podczas tak zwanego „białego tygodnia”? A może nigdy nie zdarzyła Ci się okazja, by oddawać cześć Matce Bożej śpiewając przepiękną Litanię Loretańską?

„Daj spokój, to dobre dla tkliwych i naiwnych staruszek, które w dodatku nie mają co robić.” – śmieją się ze mnie niektóre osoby, gdy z radością oznajmiam im, że wybieram się na „majowe”. Dotychczas nie reagowałam na ich nieco złośliwe uwagi, zawsze zachowywałam milczenie, a w swoim sercu prosiłam Boga, by zmienił ich sposób myślenia. Ostatnio jednak odezwała się moja nauczycielska natura, wskutek czego zdecydowałam się zastosować wobec moich niepokornych znajomych kilka pedagogicznych sztuczek… „A skąd wiecie, że na tym nabożeństwie gromadzą się starsze panie, skoro nigdy na nim nie byliście?” – zadałam im retoryczne pytanie. I wtedy nastała krępująca cisza…

O jakże lubimy posługiwać się stereotypami i uprzedzeniami! Nic dziwnego – pozwalają nam one identyfikować się z większą grupą społeczeństwa, dzięki czemu czujemy się bezpiecznie i komfortowo. Wolimy zadowalać się utartymi schematami niż z nimi walczyć, ponieważ to drugie rozwiązanie wymagałoby od nas przekraczania własnych granic i sprzeciwianiu się wszelkiego rodzaju konwencjom, co przecież zawsze wiąże się z ryzykiem bycia wykluczonym przez określone grupy społeczne…

Ale czy warto zawsze iść z prądem? Nie jestem zwolenniczką przeciwstawiania się panującym normom „dla zasady” lub „z przekory”, ale czasem trzeba powiedzieć „nie”, czasem trzeba podążyć drogą inną niż wszyscy – tą trudniejszą, bardziej wymagającą... Dlaczego? By nie zatracić tego, co najcenniejsze, czyli własnego „ja”. Zastanów się proszę, ile z powtarzanych przez Ciebie sformułowań wypływa z Twojego serca, a ile ślepo powtarzasz za innymi licząc na ich aprobatę. Pomyśl proszę, jaki byłeś w dzieciństwie, a jaki jesteś teraz. I wreszcie najważniejsze pytanie – czy to Ty stworzyłeś swoją aktualną osobowość, czy zrobili to inni?

Europejczycy fascynują się różnymi egzotycznymi duchowościami oraz zaciekle bronią innych religii, ale gdy mówią o chrześcijaństwie, to posługują się powtarzanymi w mediach frazesami, które przedstawiają ich wiarę w negatywnym świetle. Mają one jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością...  Proszę Cię, nie bądź typowym Europejczykiem… Zanim zaczniesz krytykować Kościół, to najpierw się z nim zapoznaj. Bo jak można oceniać coś, czego się nie zna?

Nie wydawaj więc pochopnych sądów na temat majowego. Proponuję, abyś wybrał się na to cudowne nabożeństwo i przekonał się, czy naprawdę jest ono zaadresowane do „dewotek”… Oddawanie czci Matce Bożej poprzez śpiewanie Litanii Loretańskiej trwa zaledwie 20 minut, więc jeśli się obawiasz, że wyjdziesz z kościoła zawiedziony, to na pocieszenie powiem Ci, że nie stracisz dużo czasu, a zawsze zobaczysz coś nowego…

Pozwól, że krótko Ci opowiem, w jaki sposób ja postrzegam nabożeństwo majowe. Przede wszystkim jest ono dla mnie pięknym rytuałem. Rytuałem, na który czekam przez cały rok, ponieważ razem z Wielkanocą pozwala mi on najsilniej doświadczyć tajemnicy Sacrum. Jakże się cieszę, gdy nadchodzi maj! Serce bije mi wtedy mocniej, bo w wyobraźni widzę już, jak idę ukwieconymi i pachnącymi bzem ulicami do kościoła. Ptaki śpiewają jakby głośniej i piękniej, a ludzie, których mijam uśmiechają się do mnie serdecznie i porozumiewawczo, bowiem podążają w tę samą stronę co ja… Wnętrze świątyni urzeka swoim wystrojem – ołtarz tonie w delikatnych, białych kwiatach, a w rogu prezbiterium dostrzec można średnich rozmiarów figurę Matki Bożej Fatimskiej, od której bije niedające się opisać piękno. Ilekroć na Nią patrzę, mam ochotę usiąść przed Jej obliczem i zachwycać się nim przez resztę mego życia…

Ale najpiękniejsze ma dopiero nadejść. Radosna pieśń „Chwalcie łąki umajone” uświadamia mi, że właśnie zaczyna się spotkanie. Spotkanie z idealną Matką. Bo Maryja jest jedyną osobą, która zna wszystkie tajemnice mojego serca, a mimo to kocha mnie miłością szaloną i bezwarunkową. Bo Ona nie zajmuje się niczym innym, jak tylko wypraszaniem u swego Syna potrzebnych dla mnie łask. Jak mogłabym Jej nie kochać?

Nabożeństwo trwa, a ja rozsmakowuję się słowami Litanii Loretańskiej i wpatruję w Przenajświętszy Sakrament, którego obecność napełnia mnie spokojem, miłością i siłą. Dopiero tutaj czuję, że naprawdę istnieję, dopiero tutaj rozumiem, co znaczy człowieczeństwo…Niestety nie zawsze tak było…

Jako dziecko wychowane w katolickiej i praktykującej rodzinie przez wiele lat chodziłam na majowe razem z mamą. Lubiłam te chwile, kiedy brała mnie za rękę i prowadziła do naszej wspólnej Matki… Nabierałam wtedy dystansu do moich dziecięcych problemów, a w sercu czułam błogi pokój. Niestety wszystko zmieniło się wraz z pójściem do gimnazjum i wkroczeniem w trudny wiek dorastania. Zamiast szukać własnej życiowej ścieżki i rozwijać swoją wiarę, uparcie powtarzałam usłyszane lub przeczytane frazesy w stylu: „A czy Matka Boża jest Bogiem, żeby oddawać Jej cześć?” Zgadza się, Bogiem to Ona nie jest, ale wspaniałą i niezawodną Orędowniczką owszem. Zrozumiałam to późno, bo dopiero pod koniec liceum. Wtedy uświadomiłam sobie, ile pięknych chwil spędzonych z Maryją straciłam…  Proszę Cię, nie popełniaj tego samego błędu, co ja.

Iwona Płotka