Być najlepszą wersją samego siebie

 

Na drodze do doskonałości towarzyszy nam wiele wzlotów i tyle samo upadków. To całkiem naturalne, choć prawdę mówiąc – tych drugich wolelibyśmy uniknąć. Są w końcu źródłem bólu. Jednak to właśnie dzięki nim możemy się uczyć, wyciągać wnioski, a tym samym zbliżać się do poznania zamysłu Boga względem nas. W tych wewnętrznych zmaganiach nierzadko popadamy ze skrajności w skrajność, dlatego przypominają one sinusoidę albo… zapis pracy serca. Dopóki istnieją wahania, dopóty żyjemy. Kiedy zapraszamy Boga do naszego życia, te ruchy stają się coraz intensywniejsze. Tak już jest, tak musi być, ponieważ wejście w proces duchowego uzdrowienia otwiera przed nami zupełnie nowe horyzonty. Myślę, że najistotniejsza jest tutaj nauka doświadczania wewnętrznej wolności. Ale źle pojmowana wolność może uczynić nas niewolnikami nie do końca jeszcze poznanych, a już rodzących się w nas pragnień. Niecierpliwe dążenie do ich realizacji sprawia, że stajemy się kimś, kim nie jesteśmy, a napompowana do granic możliwości bańka oczekiwań wreszcie pęknie, odsłaniając… krajobraz po burzy.

Co ze mną będzie?

To pytanie będzie wtedy powracać jak bumerang. Zaakceptowanie faktu, że oto rozpadła się kolejna wizja naszego „lepszego życia” nigdy nie jest łatwe, chociaż najczęściej popełniamy te same błędy i prędzej czy później katastrofa musiała nadejść… Taki zawód prowadzi do beznadziei, dlatego trudno uwierzyć, że gorzej… już było. W końcu trudniej jest wstać niż upaść. To bolesne doświadczenie wcale nie oznacza, że cofnęliśmy się do dawnych schematów i utraciliśmy swą wartość. Nie. To jedynie sygnał, że zrobiliśmy coś niewłaściwie. A to otwiera drogę do skorygowania naszego postępowania.  

Zaskakujące i dosyć szokujące jest dla mnie, ile energii wkładamy w to, aby stać się lepszą wersją samych siebie. Wytykamy sobie własne słabości, patrzymy na siebie przez pryzmat (mniej lub bardziej wyimaginowanych) braków, z zazdrością (i z reguły na niekorzyść) porównujemy się z innymi ludźmi. Skupiamy się także na ich talentach i sukcesach. Własnym kosztem. Takie zachowanie zmierza ku temu, aby maksymalnie upodobnić się do naszego „obiektu uwielbienia”. Możemy podejmować aktywności, do których nie mamy predyspozycji, a które w kimś podziwiamy, możemy naśladować czyjś sposób bycia… A przecież zostaliśmy wyposażeni przez Boga w całkowicie unikatowe talenty! Jeśli je odrzucamy, to robimy sobie wielką krzywdę i coraz bardziej oddalamy się od realizacji Jego planu w naszym życiu. Czasami wystarczy naprawdę niewiele…

Zamiast zadawać sobie pytanie „czy powinienem?”, warto zastanowić się, „czy chcę?” Pozornie może się wydawać, że są one tożsame, tymczasem pierwsze jest nakazem, które nie pochodzi z serca, ale z presji oczekiwań, a drugie – jest naszym wewnętrznym głosem. Pozostawanie w zgodzie z sobą uzdrawia, wnosi w życie spokój i równowagę. Zakładanie maski – wręcz przeciwnie. Oczywiście nigdy nie będziemy wykonywać tylko tych rzeczy, na które mamy ochotę, jednak nie możemy zapominać o sobie i swoich potrzebach. Jeśli nie my sami, to kto o nas zadba?

„Lecz jeśli tylko sił przybywa do biegu znów się zrywasz z nadzieją na życzliwy w końcu los…”– śpiewała przed laty Zdzisława Sośnicka. Myślę, że dążenie do doskonałości w ramach takich zasobów, w jakie wyposażył nas Bóg, nie jest biegiem sprinterskim, ale maratonem. Często o tym zapominamy, wyrywając się do przodu i równie gwałtownie opadając z sił. To jest ten moment, który traktujemy jak upadek, a tak naprawdę jest on po to, abyśmy zreflektowali się i zastanowili, czy nie biegniemy zbyt szybko... Każdy posiada słabości i ograniczenia, jednak nie wszyscy przyznają się do nich. Ich świadomość oraz akceptacja są przejawem siły, nie słabości. Warto o tym pamiętać.  

Wolność czeka na nas

„Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli!” (Ga, 5, 1).

Przykre jest to, że często sami jesteśmy największym „sprzymierzeńcem” złego w nakładaniu na nas kolejnego jarzma niewoli… Nasza krótkowzroczność ściąga na nas kolejne problemy, z którymi chcemy poradzić sobie sami. Jezus zostawia nam wolną rękę w tym samowyniszczaniu się. Widzi, jak eksploatujemy się nadmiernie, by stać się kimś innym. Bycie dzieckiem Bożym okazuje się być niewystarczające… „Otwórz me oczy, o Panie, otwórz me oczy i serce” – o ile lepsze byłoby nasze życie, gdybyśmy widzieli, że nie musimy tak desperacko zmieniać się! Gdybyśmy umieli widzieć dokonujące się w nas cuda Boże i prosić o to, aby to Jego wola stała się naszą… Nie odwrotnie. Ile oszczędzilibyśmy sobie wtedy wysiłków, stresów, ile zachowalibyśmy sił do tego, do czego powołał nas nasz Ojciec. Niestety, często postrzegamy Jego milczenie jako odwrócenie się od nas. Tak z pewnością nie jest. Po prostu nasze pragnienia nie są tym, czego On chce dla swych dzieci. Dlatego na nie odpowiada… Wydaje nam się, że wszystko wiemy najlepiej, bo przecież znamy siebie. Tylko najtrudniej jest nam spojrzeć na siebie obiektywnie, wyjętych z kontekstu naszych marzeń.

Możemy poświęcić wiele czasu na to, aby podążać za tym, co oceniamy jako atrakcyjne, dobre i właściwe. Jeśli potrafimy wszystko kategoryzować w taki sposób, to czy jeszcze jest nam potrzebny Bóg? Właśnie. Tylko dzięki niemu możemy stać się niepowtarzalną, najlepszą wersją samych siebie.

Przemek Sobolewski