Powrót

 

Bóg nieustannie upomina się o nas. W jaki sposób? Przychodząc do naszej najdelikatniejszej, najbardziej newralgicznej strefy, czyli do ran naszego serca. Z jednej strony jest to miejsce naszego ucisku, lęku i grzechu… Z drugiej – Bóg spotyka się tam z nami, aby nas uzdrowić. To jedyna droga. Bardzo często próbujemy sami dla siebie być „lekarzami”. I nierzadko wydaje się nam, że dobrze radzimy sobie w tej roli, ponieważ dokonywane przez nas zmiany często przynoszą pozytywne efekty. Tyle że sami nie możemy siebie zbawić. Tutaj potrzebujemy Boga, który – co jest paradoksem – przynosi swoją siłę do naszej słabości. Siłę pełną ojcowskiej miłości. Otwieranie się na tę łaskę powoduje, że raz jeszcze wracamy do korzeni naszych zranień. Jednak tym razem nie jesteśmy już sami.

Postępowy regres

Powrót do źródeł naszych dzisiejszych problemów może wydawać się porażką. Zwłaszcza w momencie, kiedy wychodzimy z założenia, że zamknęliśmy ten etap i nic więcej nie możemy tutaj zrobić. Zwyczajnie nie chcemy dotykać tych mniej lub bardziej zabliźnionych ran. Rzeczywiście, w ludzkim rozumieniu może to być uwsteczniające i burzące zbudowany przez nas porządek. Ale nie w znaczeniu boskim…

Bóg z każdej naszej trudnej sytuacji chce wyprowadzić dla nas dobro. On jest przyczyną i skutkiem naszego uzdrowienia. Rzuca światło na nasze zranienie tylko po to, abyśmy mogli doświadczyć jego przemiany razem z Nim, nie w samotności. A jaka jest nasza rola? Musimy uznać swoją bezsilność i powierzyć Jemu nasz ból, doświadczyć go w zjednoczeniu z naszym Ojcem. Bóg walczy o to, aby usunąć z naszego serca mrok naszych ran i przez to przybliżyć nas do siebie. Czego oczekuje w zamian? Pokory i zaufania, czyli postawy, którą chyba w najwspanialszy sposób uskuteczniła Św. Siostra Faustyna Kowalska. Jej poleganie na Bożej Woli było silniejsze niż troska o jutro, przełamało niepewność i martwienie się… Ona w pełni zdała się na Jego (nie)przewidywalność.

Czy my potrafimy zaufać Jemu całym sercem? Sam dopiero uczę się tego… Świadomość tego, że z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji, Bóg wyciągnie dla mnie coś, co jest mi potrzebne i uczyni z moich zranień źródło mojej siły, jest bardzo wyzwalające.

W końcu lekarza nie potrzebują zdrowi, ale chorzy.

Nasza wytrwałość

Trudno jednoznacznie stwierdzić, ile czasu potrwa uzdrowienie, ponieważ plan Boży względem każdego z nas jest niepowtarzalny. Myślę, że ważniejsze od pytania „ile?” jest pytanie… „Kiedy”?

Uznanie i oddawanie naszej małości oraz słabości odgrywa tutaj niezwykle istotną sprawę. Buduje prawdziwie autentyczną relację z Bogiem. A ta przemienia nas, nasze spojrzenie na siebie oraz innych ludzi. Wyzwala nas jednocześnie z niewoli samowystarczalności…

„Pan Zastępów skierował następujące słowo:
„Tak mówi Pan Zastępów:
Ogarnęła Mnie zazdrość wielka o Syjon
i zapłonąłem wielką żarliwością o niego”.
Tak mówi Pan Zastępów:
„I znowu Jeruzalem nazwą Miastem Wiernym,
A górę Pana Zastępów – górą świętą” (Księga Zachariasza 8, 1-3).

Bóg przychodzi do „gruzowiska” naszego życia, aby je odbudować według swojego zamysłu. Jego pragnienie jest niesamowite i całkowicie bezinteresowne, ponieważ my nie możemy Mu nic ofiarować poza… naszym poranionym sercem. Bóg podnosi nas po upadku, obmywa nasze rany krwią swojego Syna i odbiera im niszczącą moc. Jego działanie jest często zaskakujące…

Kiedyś usłyszałem, że przypadki występują wtedy, kiedy Bóg chce pozostać anonimowy… I może dlatego na naszej drodze pojawiają się ludzie, którzy są „łącznikiem” między nami a Nim. W końcu Stwórca przekazuje nam swoją miłość poprzez drugiego, nierzadko również ciężko doświadczonego, człowieka. Przychodzi do nas w ich spojrzeniu pełnym miłości, akceptacji i zrozumienia.

Nie jesteśmy sami

Ostatnio uświadomiłem sobie, że najwspanialszym, najpiękniejszym oraz najintymniejszym darem, jaki możemy ofiarować drugiej osobie, jest modlitwa. Dzięki niej doświadczamy żywej obecności Bożej łaski, którą otrzymujemy właśnie za pośrednictwem ludzi. Ludzi, którzy pomagają nam uporać się z tym, co nas przytłacza i ogranicza, stając się tym samym naszymi braćmi i siostrami.

Ich obecność jest niezwykle cenna, kiedy dopada nas przygniatający smutek. W dużym uproszczeniu ma on dwie przyczyny. Pierwszą z nich jest wyzwalanie z ucisku grzechu, kiedy to przyjmujemy swoją bezsilność wobec niego. Ona prowadzi nas do Boga. I im bardziej zbliżamy się do Niego, tym bardziej jesteśmy narażeni na ataki i podszepty złego – to drugi rodzaj smutku. Mimo że jesteśmy na właściwej drodze, w nasze serce wkrada się zwątpienie, lęk i niechęć. Lekarstwem na chandrę jest przylgnięcie do Boga, do Jego ojcowskich ramion. On zanurza nas w swojej miłości i cierpliwie czeka, kiedy ofiarujemy Mu całe nasze serce. Każdą naszą radość, chandrę, marazm, upadek i zranienie.

Jego ciepło roztapia otaczający je lód, odsłaniając bezbronne, ciągle podatne na ból, przestrzenie. Przygarnia je do siebie i zasiewa w nich ziarno nowego życia, które powoli kiełkuje w nas. Bóg troskliwie opiekuje się nim, aby w jałowych miejscach zagościła Jego nieskończona miłość.

Przemek Sobolewski