Droga Krzyżowa

 

Droga Krzyżowa. Nabożeństwo wielkopostne, tradycja. Trochę smutna, trochę refleksyjna - to obrazy, które przychodzą nam na myśl. Podobne wszystkim. Droga Krzyżowa. Modlitwa, wyuczona, trochę obowiązkowa, trochę ofiarna.

Kościół pełen wiernych (oby). Wiernych, którzy czują moment Wielkiego Postu. Wiernych, którzy konfrontują swoje życie z obrazami towarzyszącymi modlitwie. Oskarżają siebie, innych, drogę pod górkę. Klęcząc kupują bilet na widowisko lub uczestniczą całym sercem w tej kontemplacji. Gdzie jesteśmy my?

Patrzymy na upokorzonego Jezusa czy sami Go upokarzamy? Stoimy w tłumie krzycząc „Na krzyż” czy myjemy ręce jak Piłat?

Wierni klęczą ze spuszczonymi głowami, jakby mieli plecak z krzyżami na ramionach. Upodlają swoje serca które na chwilę przenoszą tam, na szlak bólu. Zmysły, które wypatrują stóp Jezusa z Nazaretu na kamieniach je kaleczących i kruszą się pod ciężarem Krzyża jak grzechy. Jerozolima staje się stolicą naszych myśli. Może tak jest. Tyle, że Droga Krzyżowa to nie teatralne widowisko, spacer po świątyni czy chwila rozważań. To droga, którą zmęczony, zbity, zszargany i poplamiony krwią Nazarejczyk odzyskał za mnie życie. Droga, którą znieważony moim grzechem szedł do Zmartwychwstania. Upadał pokazując nam, że upadki nie znaczą nic bo nawet śmierć nic nie znaczy.

Dziś możemy dywagować na tematy ciężkości naszych Krzyży życia. Możemy bełkotać układając swoje życie jak puzzle na kształt ofiarnej drogi Chrystusa. Możemy mniej lub bardziej ronić łzy nad Jego cierpieniem, jak płaczące niewiasty. Tylko jaki to ma sens? Dzisiaj możemy brać udział we wszystkich nabożeństwach i iść we wszystkich Drogach Krzyżowych organizowanych w celu upamiętnienia tego kulminacyjnego wydarzenia, nie uczestnicząc w niej życiem. Droga Krzyżowa to lekcja miłości. To On za mnie niósł Krzyż. Jak wyrzucony na margines skazaniec, mój Bóg. Pokazał, że w miłości nie ma drogi na skróty, nie ma innej niż ta krzyżowa.

To On stojąc przed tłumem czekał na wyrok. Jak dziś stoi w tabernakulum i czeka na mój głos, czy Go skażemy na egzekucję czy przyjmiemy.

To On zabiera nasze trudności, które tak ciężko nam dźwigać każdego dnia i idzie z nimi kalecząc i raniąc siebie.

On upada z nami jak się przewracamy. Pokazuje jak wstawać.

On cierpi tak bardzo pokazując swój ból Matce. Zauważmy Ją i my.

To On podsyła nam Cyrenejczyków, którzy pomagają nam nieść codzienność. To my zechciejmy nimi być. Z wyboru, nie z przymusu. Krzyży wciąż wiele i właśnie ktoś pod jednym z nich upada.

Każdy uczynek miłosierdzia zostawia nam chustę z odbiciem Jego pięknego oblicza. To najpiękniejszy kadr bo zatrzymany na kliszy serca.

Znów słabniesz? Nie wychodzi? Z bliskimi, z walką z grzechem, z wiarą, która może jest jak kurz na kamienistej drodze? Nie ważne. Podniesiesz się. Jak On, choć w słabości ciała.

To On przypomina nam o oszczędzaniu łez. Nie płaczmy nad cierpieniem, tylko je niwelujmy. Masz swoje? Zobacz większe u kogoś, kto niesie belki życia i potrzebuje pomocy, nie współczucia. Może modlitwy?

Zwątpiłeś? Upadłeś? Pamiętaj, że z Jezusem się nie przegrywa, choćby piach ranił nam suche usta a oczy zaszły bólem w rzęsach zroszonych tuszem krwi, Chrystus Pan pokazuje nam, że warto iść do końca.

Pokazuje nam, że warto iść do końca w ubóstwie serca, bez szat egoizmu. Za to w bogactwie miłości.

Przybity do Krzyża kocha cierpieniem. Nie przybijajmy Go w drugim człowieku. Gwoździami gniewu, obojętności, oskarżeniem…

To On kona, umiera. Choć znamy finał, wciąż zabijamy. Siebie nawzajem. Milczeniem, poczuciem wyższości, słowem.

Finał, śmierć. Jeśli wydaje się nam, że już koniec, regres, ruina to dalej trzeba nam wierzyć w to, co później. Jak Matka, która wierzyła od początku.

Nie stawiajmy sobie pomników ze swojej pychy, dominacji. Grób otworzy nam drzwi do życia. Szkoda czasu na targanie głazów…

Popatrzmy dziś na Krzyż. Symbol wiary, zwycięstwa i miłości. Na belki, które pokazują kierunek miłości. Wymiar wertykalny, miłości Boga do człowieka i człowieka do Boga, jedności Nieba z ziemią. Człowieczeństwa z Boskością. Wymiar horyzontalny. Zjednoczenia i miłości ludzi. Jezus ma otwarte ramiona dla wszystkich… Dlaczego My wciąż nie umiemy kochać wszystkich, nie tylko tych , których wygodnie nam kochać? Co jeszcze chcemy zobaczyć?

Iwona Sakrajda