Scroll to top
© 2021, Theofeel

Nie da się żyć bez smutku. Jeśli mi nie wierzycie, zapytajcie jakiegokolwiek psychologa. To uczucie jest nam potrzebne i co więcej, jest dla nas dobre. Uwrażliwia i umożliwia kontakt z samym sobą. Daje sygnał, że czegoś nam brakuje, za czymś tęsknimy lub czegoś żałujemy. Skłania do przemyśleń i autorefleksji. Ludzie, którzy nie chcą i nie umieją się smucić albo walczą ze smutkiem, tak naprawdę nie potrafią też się cieszyć.

Mimo korzyści, które daje smutek, jest w nim coś niepokojącego dla katolików. Niebezpieczeństwo widzę przede wszystkim w pewnym braku równowagi. Dużo uwagi poświęca się w Kościele na mówienie o karze, cierpieniu, winie i grzechu. Jest to jak najbardziej potrzebne, ale w moim odczuciu wciąż nie dość jest słowa o prawdziwej radości i szczęściu, które Bóg chce nam zapewnić już tutaj, na ziemi. On stworzył nas do życia w pełni. Czasem kiedy słucham księży mówiących na ten temat, mam wrażenie, że sami w to nie wierzą. Oprawa samej Mszy również nie pomaga. Przeciągane, żałobne i archaiczne pieśni, wciąż te same, śpiewane przez niezbyt utalentowanych organistów, nie znajdują się na górze mojej ulubionej listy przebojów. Ciężko mi je znieść, a co dopiero śpiewać.

Czasem zastanawiam się jak to jest, że tak wiele smutku i braku energii w nas, w samym Kościele i tylu smutnych katolików dookoła. Myślę sobie, że powodów jest kilka. Jeden z nich to na pewno brak doświadczenia obecności i miłości prawdziwego Boga, a zatrzymanie się tylko na moralizmie i wypełnianiu przykazań. Wiara to coś dużo więcej, to wolność. Sami wybieramy, czy iść za Bogiem. Do takiej decyzji naprawdę trzeba dojrzeć i to powolny proces. Jeżeli nie doświadczyliśmy bardzo konkretnie miłości Boga i nie mamy z Nim osobowej relacji, nie możemy wznieść się na „wyższy poziom” i naprawdę zrozumieć, że starotestamentowe prawo nas nie obowiązuje, a przyszło nowe, pełniejsze prawo miłości. Ono co prawda zawiera w sobie przykazania Mojżeszowe, ale też poza nie wykracza. Chrześcijanin nie może zatrzymać się na „byciu dobrym” i przestrzeganiu prawa z obawy przed karą czy piekłem. Jego pobudki powinny wynikać ze świadomej, wolnej decyzji i być uzasadnione miłością. Wielu chrześcijan (również księży i sióstr zakonnych) moim zdaniem po prostu nie zna Boga i nosi w sercu Jego zafałszowany obraz. Są jak faryzeusze, którzy wypełniali przykazania i wydawało się im, że można zasłużyć na zbawienie. Tymczasem Bóg chce jedynie, żebyśmy kochali Go osobowo, rozmawiali z Nim, kłócili się i pytali. On naprawdę niczego od nas nie potrzebuje. Pragnie mieć z nami relację przyjacielską, miłosną. To bywa niełatwe, ponieważ w tym miejscu pojawia się drugie potencjalne źródło naszego smutku. Wiarę zazwyczaj poznajemy poprzez najbliższych. Obraz Boga, jaki się rodzi w nas podczas pierwszych lat życia, jest zwykle zbudowany na męskich wzorcach w naszej rodzinie. Jeżeli nasz ojciec był surowy i karzący, sądzimy, że taki jest Bóg i nie ma co pchać się do kościoła. Lepiej nie zwracać na siebie Jego uwagi. Jeszcze sobie o nas przypomni i ześle na nas jakieś cierpienie, jakie na przykład zesłał na Hioba. Ja miałam podobne przekonania jeszcze kilka lat temu. Odkręcanie tego jest procesem i wciąż trwa.

Kolejnym bardzo istotnym powodem smutku w kościele jest działanie szatana. Usłyszałam gdzieś, że diabeł nie stara się zanegować istnienia Boga. On po prostu podsuwa ludziom obraz Stwórcy jako tego, który chce, żebyśmy cierpieli, umartwiali się, biedowali i jeszcze się z tego cieszyli. Szatan ma nadzieję nam Boga obrzydzić i wzbudzić w nas lęk przed Nim. Tymczasem taki wizerunek Najwyższego jest głęboko nieprawdziwy. Bóg jest doskonałym Ojcem. Nie ma zamiaru nas zadręczyć, ale przez doświadczenia naszego życia, także te najtrudniejsze, chce nas doprowadzić do samego Siebie. Pragnie abyśmy wzrastali w wierze, dojrzałości i mądrości.

Kiedyś bardzo bałam się, że „jestem wybrana” i Bóg ma zamiar zesłać na mnie jakieś wielkie cierpienie i że na pewno będę nieszczęśliwa. Wtedy pewien ksiądz bardzo pomógł mi podczas spowiedzi. Powiedział, że wszelkie myśli, które pojawiają mi się w głowie, że Stwórca nie jest dobry i chce mnie unieszczęśliwić, mam traktować jako pokusy szatana i ucinać. I wiecie co? Robię tak od kilku lat i naprawdę widzę ogromną poprawę. Diabeł ma dostęp do naszej głowy i może wpływać na nasze myśli i emocje. Zna doskonale nasze słabe strony i zdaje sobie sprawę z tego, jak odciągnąć nas od wiary i zasmucić. Bóg nigdy nie mówi do nas po to, żeby nas zdołować i pozbawić nadziei. Po tym między innymi można poznać, czy to zły, czy dobry duch do nas przemawia.

Na pewno jest jeszcze wiele przyczyn sprawiających, że jesteśmy smutnymi katolikami i łatwiej jest nam przyjąć katechezę o grzeszności i karze, niż o bezgranicznej miłości i miłosierdziu Boga. Ja wymieniłam te trzy, które w mojej opinii są najpowszechniejsze i najistotniejsze. Wszystko, co napisałam, jest oczywiście pewnym uogólnieniem. Znam wielu chrześcijan, którzy odnajdują prawdziwą radość z bycia w bliskości z Bogiem i bez lęku idą za Nim. Ich szczęście nie jest wesołkowatością i powierzchowną maską, ale głęboką radością, gotowością do walki o wiarę i pewnością Bożej troski o nas w każdym momencie. Oby każdy z nas pamiętał również w najtrudniejszych chwilach życia, że Jezus zmartwychwstał, ocalił nas i kocha, zatem cała historia ludzkości, jak i nasze jednostkowe historie muszą skończyć się Happy Endem, jeżeli wytrwamy w wierze. 

Magdalena Godlewska
autorka bloga smutnykatolik.wordpress.com
https://www.facebook.com/smutnykatolik/

Related posts