© 2020, Theofeel

Święta w supermarkecie


ad_theo - 13 grudnia 2017 - 0 comments

Po Wszystkich Świętych znicze szybko znikają, a pojawiają się bombki, lampki i mikołaje z czekolady. Zadumę, nostalgię i wspominanie bliskich zmarłych zamieniamy na konsumpcję kalendarzy adwentowych, kupowanie prezentów, sprzątanie i gotowanie.

Większość z nas przepada za Bożym Narodzeniem, nie ma co kryć. Jest ciemno, zimno, (czasem) pada śnieg, wszędzie są światełka i ozdoby choinkowe. Czuć atmosferę oczekiwania w powietrzu. Wreszcie będzie można wziąć wolne od pracy, spotkać się z rodziną i bezkarnie najeść  barszczu, karpia i makowca. O prezentach już nie wspominając.

 To grudniowe Święto, dużo bardziej niż Wielkanoc, jest skomercjalizowane i traktowane konsumpcyjnie. Wmawia się nam, że bardzo ważne jest, żeby „czuć” Święta i ich niepowtarzalną atmosferę. Żeby tak się stało, trzeba kupić najpiękniejsze ozdoby, skarpety na prezenty, czapkę Mikołaja i koniecznie wybrać się do kina na jakiś gwiazdkowy przebój, w tym sezonie powinny być to Listy do M 3.

Gdzie najsilniej oddziałuje na nas taka odrealniona, świąteczna atmosfera? Doszłam do wniosku, że w supermarkecie, tej laickiej świątyni ;). Wszyscy robimy tam zakupy i chcąc nie chcąc, ulegamy czarowi, który oferują nam sklepy. Chociaż jest tłum i panuje zgiełk, to jednak lubimy lawirować wózkiem między półkami, przystrojonymi na zielono i czerwono, pomiędzy mikołajami, prezentami i choinkami. Z głośników płynie Last Christmas, w powietrzu unosi się aromat goździków, czekolady i pomarańczy, a my po prostu czujemy, że Święta tuż tuż.

Niestety ze sklepu w końcu trzeba wyjść. Opuszcza nas sztucznie nakręcona atmosfera radości i magii (?!). Przychodzimy do domu, a tu trzeba przyrządzić świąteczne potrawy, umyć okna i przygotować choinkę, która za nic nie chce stać prosto jak na grzeczne drzewko przystało. Już zaczynają kłótnie, kto zmywa naczynia, kto idzie po choinkę, a kto będzie rozplątywał światełka, które jak co roku są kompletnie poskręcane i nie do zawieszenia. Puszczamy kolędy, ale inni domownicy woleliby świąteczne przeboje albo coś z repertuaru Arki Noego… i kiedy nadchodzi Wigilia wszyscy są umęczeni.

Wiele osób mówi mi, że „nie czuje” Świąt, a w Boże Narodzenie nie odpoczywa, wręcz przeciwnie. Bo nie przepadają za swoją rodziną i to wcale nie frajda się z nimi spotkać, a przecież wypada. Poza tym, należy przygotować coś do jedzenia, a potem jeszcze posprzątać. Jakby tego było mało, z prezentami także nie jest fajnie. Trzeba udawać, że coś sprawiło nam radość, podczas gdy tak naprawdę kompletnie nam się nie podoba… Chwileczkę. O co chodzi z tym całym „czuciem” Bożego Narodzenia? Czy przypadkiem nie zagubiliśmy w tym wszystkim Solenizanta? Jeśli jesteśmy chrześcijanami powinniśmy spojrzeć na to głębiej.

 W telewizji, radiu i supermarkecie nie usłyszymy ani słowa o Bogu. O tym, że jedyne, czego mamy oczekiwać to Narodzenia Pana Jezusa. On pragnie wejść do stajenki naszego serca i się tam zadomowić. Pośród brudu, słomy, gnoju i zimna. Pomiędzy naszymi grzeszkami i niewiernościami. Syn Boży przyjdzie na świat mimo wszystko, nieważne czy atmosfera Świąt jest, czy też jej nie ma. Gotowanie, sprzątanie, ubieranie drzewka i kupowanie prezentów to jedynie środki do celu i wyraz naszej chęci uczczenia tego wielkiego dnia. Jezus narodzi się nawet jeśli będzie tylko pięć potraw na stole, znowu znajdziemy skarpety pod choinką, a Polsat nie wyemituje Kevina. Te wszelkie przygotowania i zabiegi to drugorzędna otoczka, która ma za zadanie pomóc nam zbliżyć się do Boga. Jednak w rzeczywistości często staje się ona celem samym w sobie. Nasze oczekiwania co do tego, że powinien padać śnieg, ma być miło i że należy odczuć magię, paradoksalnie nas ograniczają i unieszczęśliwiają. Bo rzeczywistość jest, jaka jest. Bóg wkracza w nią mimo wszystko, z pełną świadomością, że być może (prawdopodobnie) nie jest na pierwszym miejscu w te Święta. Nasz Ojciec wie, na co się decyduje. Kiedy wybrał stajenkę, ona się magicznie nie odmieniła. Gnój i bród nie znikł, a sianko nie stało się jedwabiem, żeby Jezusowi było wygodnie i ciepło. Bóg przychodzi do naszej nieidealnej, codziennej rzeczywistości i puka. Otwórzmy mu i nie przehandlujmy tych Świąt. Nie wymieńmy ich na świeżego karpia, najlepsze ciasto, świąteczny pakiet Netfilxa albo najnowszego iPoda. Nie sprzedajmy tej łaski za miskę soczewicy.

 Wbrew pozorom, Boże Narodzenie nie jest wcale łatwym i lukrowanym czasem, kiedy ludzie paradują z uśmiechami na ustach, a wszystko idzie jak po maśle. To coroczne wyzwanie i możliwość, żeby w sposób bardzo konkretny wyrazić swoją miłość do Boga i bliźnich. W ferworze przedświątecznych przygotowań nie zapomnijmy, że Jezus rodzi się jako człowiek i uniża właśnie dla nas. Radości z tego faktu Wam wszystkim i sobie życzę w ten gorący zimowy czas.

Magdalena Godlewska
autorka bloga smutnykatolik.wordpress.com
https://www.facebook.com/smutnykatolik/

Related posts