© 2020, Theofeel

Pozwolisz sobie opatrzyć rany?


ad_theo - 20 października 2017 - 0 comments

Spośród bliskich mi osób, które uchyliły przede mną odrobinę swojej historii nie jestem w stanie wymienić nikogo, kto nie został w życiu zraniony . Zraniony fizycznie i psychicznie. Każdy człowiek jest delikatny i każdy pewnie w mniejszym lub większym stopniu został zraniony. W życiu dotyka nas wiele zła. Wiele w sobie bardziej lub mniej świadomie pielęgnujemy.

Zranienia mogą być  spowodowane słowem, gestem, spojrzeniem, odrzuceniem…. Jeśli zapisze się w moim sercu  przykre słowo, które jest wypowiedziane przez kogoś bliskiego, kogoś kogo kocham nie zawsze można je tak po prostu usunąć. Oceny, oskarżenia w stylu; „Ty zawsze…” lub  „ Ty nigdy…” zostają na długo w pamięci i stają się jak łaty przyszyte grubymi nićmi emocji do naszej skóry.

Jeśli się skaleczę i nie zajmę się tak jak trzeba swoją raną, czyli zlekceważę ją  to istnieje ryzyko zakażenia. Rana jest jak wrota otwarte na bakterie. Może się nie goić, boleć i spowodować mnóstwo komplikacji. Opatrunek i opracowanie rany może zaboleć ale jest to ból potrzebny do procesu zdrowienia.  

Jedynym opatrunkiem jaki znam na rany wewnętrzne, na rany duszy jest dotyk Jezusa. Tak. Jego dotyk  jest jak gojący opatrunek na rany serca. Czasem spotkanie z Nim może zaboleć ale tylko po to żeby rozpocząć proces zdrowienia.

Nosimy w sobie jak drzazgi, dawne urazy i czasami jakieś bolesne wydarzenia.

Jezus zna ten stan.  Zaznał bólu i bezradności też po to aby nam pokazać jak przez takie sytuacje przejść.

Nic nie jest proste ale jedynie wierząc i kontemplując sens cierpienia możemy zmartwychwstać. Już tu. Zmartwychwstać ze swojej bezradności, bezbronności i słabości, które są efektem nieleczonych  zranień.

Rozmawiałam jakiś czas temu z pewną kobietą. Emerytką. Schorowaną,  w dość trudnej sytuacji. Pełna emocji opowiadała mi irytujące ją zdarzenie. W pewnej chwili zagalopowała się i zaczęła wręcz krzyczeć ;”Zawsze tak było, jak byłam mała to moja mama mówiła, że jestem do niczego, że wyglądam nie tak itp.” Kobieta wspomina stwierdzenie sprzed kilkudziesięciu lat. Jak dużo kilka słów z dzieciństwa potrafiło w życiu popsuć. Samoocenę, być może relacje, być może coś więcej.

Kolejna rozmowa. Bliska znajoma opowiada mi, że nigdy w swoim wieloletnim związku nie usłyszała, że ładnie wygląda, nie usłyszała nic motywującego. Przez to każdy komplement wydawał się jej nieszczery i przerysowany.

  Emocje odkrywają często nasze zranienia schowane głęboko pod pozorem łagodności. Może jest coś, co ogranicza naszą ruchomość? Jakiś stary ból. Nie musi tak być. Nie może. Nie z Jezusem.

Nasza wiara nie kończy się na Wielkim Piątku. Czasami o tym zapominamy. Zapominamy o tym, że ból to proces przejściowy. Od nas zależy czy zaprowadzi nas do śmierci czy do  życia wiecznego. Czy się poddamy skupiając się na zranieniach czy będziemy je leczyć.

Miałam w sobie mnóstwo ran, które nie chciały się zagoić. Ukrywałam je przed światem grubymi warstwami uśmiechu. Przeszłość nie zawsze budziła moje dobre wspomnienia. Były też te bolesne. Zaczynając od drobnych słów usłyszanych od obcych w czasach wczesnoszkolnych poprzez sytuacje rodzinne czy te wywołane moimi wyborami. Do momentu kiedy chowałam je w swoim sejfie z pozornej siły, odzywały się raz na jakiś czas, zadając ból. Przeszkadzały, mimo, że nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo. Dopiero, kiedy pozwoliłam Bogu ich dotknąć ,zaczęły się zabliźniać. Blizny zostały ale dziś są jak moje prywatne trofea, z których jestem dumna bo to moje miejsca bliskich spotkań z Bogiem. To ślady po przebaczeniu. Ślady po działaniu Boga. Samej nie byłoby mnie na przebaczenie stać.

Budzący postrach ból fizyczny jaki przeżył Jezus to coś, czego nie da się opisać słowami. Ból psychiczny, którego doznał pokazuje nam, że lęk, odrzucenie, osamotnienie, opuszczenie to emocje, których w życiu nie da się uniknąć . Przeżyte z Nim są jak paciorki różańca, jak nasza prywatna litania po swoim życiu. Pod jednym warunkiem. Trzeba się poddać Jemu.

Największym błędem, który często popełniamy to leczenie objawów. Przychodzimy i mówimy : „ Panie nie wychodzi mi w życiu miłość, nie wierzę w siebie, nie ufam…” oczekując zmiany. Przychodzimy po uzdrowienie. Pan Jezus  chce nas uzdrawiać i robi to. Bardzo subtelnie i powoli. Najważniejsza jest relacja z Nim. To coś, z czego czerpiemy. Dopiero kiedy bezinteresownie wchodzimy w tą znajomość. Tak prawdziwie, nie od niedzieli do niedzieli. Dopiero wtedy powoli zmienia się nasze życie. Kiedy krok po kroku odkrywamy się przed Panem. Prawdziwie, mówiąc Jemu o swoich emocjach.

Nie mogę uzyskać pomocy medycznej, jeśli nie mówię o swoich objawach dokładnie. Zresztą nie o objawowe a przyczynowe leczenie zawsze chodzi. Możemy chodzić ze złamaną, zranioną ręką czy nogą skutecznie się znieczulając środkami przeciwbólowymi ale nie można tego nazwać leczeniem.

Możemy na swoje kompleksy zażywać środki przeciwbólowe kupując nowe gadżety, wchodząc w nowe związki, zbierając zdjęcia z coraz bardziej egzotycznych wycieczek ale i tak nasze zranienia się odezwą. Prawdziwą moc uzdrowienia może dać nam tylko Bóg.

Mój ukochany obraz Jezusa Miłosiernego pokazuje, że to z Jego ran płynie Zdrój Miłosierdzia dla nas. Czy My nie jesteśmy w stanie swoich zranień oddać Jemu? Niech zrobi z Nich użytek. Niech każde nasze zranienie będzie iskierką miłosierdzia, wybaczenia, nitką połączenia z Nim.

Pan Bóg tak doskonale nas stworzył, że często ze swoich słabych stron możemy wydobyć znacznie więcej niż nam się wydaje. Po pierwsze wybaczenie to kolejna osoba, którą mogę pokochać. Po drugie każde zranienie to wrażliwość na jakąś przestrzeń a więc zrozumienie osób o podobnych zranieniach.

Dlaczego tak wiele pięknych nawróceń rozpoczyna się po upadkach ludzi, często poranionych i oskarżonych? Bo tylko wtedy, kiedy pozwalamy sobie pomóc, kiedy przyznamy się do poczucia bólu, do zranienia i swojej bezradności, pozwalamy działać Bogu i zbliżać się do Niego. On zna przyczynę każdej trudności w naszym życiu. Każdej historii z naszego życia i do każdej chce napisać szczęśliwe zakończenie.  Jeśli bez reszty poddamy się tej nadzwyczajnej miłości to wszystko się będzie działo. Jak pozytywny efekt uboczny. Trzeba tylko stanąć przed Nim. Już dziś. Ze swoim sercem i swoimi emocjami, zranieniami i wszystkim tym, co ludzkie. Poniekąd też Boże, Jezusowe. Powiedzieć wszystko, co nas boli. On na to czeka. Nie na spokojną rytualną niedzielę. On czeka na nas. Szuka nas.

Nie widać jak płynie nasza krew. Kiedy się skaleczymy staje się widoczna. Nie widać też naszej wrażliwości. Kiedy się kaleczymy lub ktoś nas ostrzem słowa, odrzucenia, spojrzenia czy oskarżenia kaleczy, widać nasze uczucia, nasze słabości. Warto ich dotknąć i pozwolić na dezynfekcję. Zaboli chwilę ale nie będzie się „paprać”. Dezynfekcja to wybaczenie. Dotyk Boga to opatrunek, który łagodzi i koi.

Tak jak z Jego Ran płynie Zdrój Miłosierdzia, tak z naszych zranień może płynąć miłosierdzie. Możemy wybaczać i pomagać innym. Możemy być silniejsi i świadomi. On uzdrawia ale jeśli chcesz tylko uzdrowienia to nie wchodź w tą miłość bo uzdrowienie to tylko malutka cząstka tej pięknej Miłości. Uzdrowienie to tylko okruszek w całym tłumie uczuć. Okruszek, z którego Pan stworzy całe kosze miłości aby nakarmić innych.

Iwona Sakrajda

Related posts