© 2020, Theofeel

Krzew strachu


ad_theo - 22 lutego 2017 - 0 comments

Czego się boimy? Dzieci boją się koszmarów, ciemności. Żeby jakiś potwór nie wyszedł z szafy albo spod łóżka. Baby Jagi i wielu niezdefiniowanych straszności. My dzisiaj boimy się przyszłości. Czy zdołamy spłacić kredyty i dotrzymać zobowiązań. Boimy się o swoje źródła dochodu, relacje, stan zdrowia bliskich czy swój. Boimy się utraty równowagi w życiu, utraty poczucia bezpieczeństwa, stabilizacji. Boimy się zmian, nowości, ryzyka. W konsekwencji wychodzi na to, że boimy się utraty kontroli nad swoim życiem. Wówczas niestety niesie to ryzyko przejęcia kontroli nad nami przez obawy. Te realne i te, które drzemią gdzieś na dnie naszych serc, szpecąc nasze wnętrza pełne zapału. Udajemy odważnych a przecież strach jest wpisany w nasze istnienie. To pierwotna cecha, która jest światłem ostrzegawczym w przypadku realnego zagrożenia, instynktownym stanem nie tylko umysłu ale też całego organizmu.

Pojęcie strachu jest szerokim zagadnieniem ale każdy zna emocje i odczucia jemu towarzyszące. Może przerodzić się w skrajne, wręcz patologiczne sytuacje ale może być motywacją. Wtedy, kiedy unikamy i staramy się zapobiegać realnym złym scenariuszom. Unikamy ryzyka, bo tak podpowiada nam rozsądek. Unikamy sytuacji, które powodują poczucie zagrożenia ze strachu, chroniąc się.

Źródeł strachu jest wiele. Ślady złych doświadczeń z przeszłości, jakieś utarte przez nas samych schematy i podświadome zapraszanie do swojego życia potworów spod łóżka. Boimy się czasem strachu przed nowym. Każdy ma swoją historię i swoją definicję strachu. Jakiś czas temu dla mnie powodem do niepokoju były niespodziewane wydarzenia, które dezorganizowały moje plany czy wyobrażenia na najbliższą przyszłość. Myślałam „Co będzie jeśli to czy tamto się nie powiedzie?”. Tu się zaczynały schody. Prośby o realizację moich planów i oczekiwanie na przyjęcie darów w postaci ich spełnienia od Boga, nie miały nic wspólnego z oddaniem siebie w całości razem ze swoimi oczekiwaniami. Zaczęłam więc zastanawiać się czy strach jest złem? Szybko przyszła mi na myśl scena z Ogrójca, kiedy mój Zbawiciel poci się krwią. Boi się. Znacznie bardziej niż ja. Dziękuję za tę scenę i za ten piękny moment integracji człowieczeństwa z Boskością.  Zwłaszcza, że znam finał. Znane więc są Jezusowi moje emocje i moje obawy. Ważne co z tym strachem zrobię.

Jak często w życiu pełna niepokoju budzę Jezusa , który płynie ze mną w łodzi krzycząc, że nic sobie z tego nie robi gdy ginę, tylko po to żebym mogła sama spokojnie spać. Chyba nie o to do końca chodzi żeby spokojnie powiedzieć; „Ty Panie działaj na moją korzyść, a ja się zdrzemnę”. Nasz strach może być komunikatem od Boga. Może być zaproszeniem do działania, motywacją, otwarciem drzwi na lepsze. Czasami korytarz jest ciemny i mroczny ale po wejściu dalej okazuje się, że to tylko mizerna antyreklama złego, który jedynie strachem może zablokować nas przed działaniem.  To chyba działa podobnie zarówno w codzienności jak w życiu duchowym. Bóg wkomponował w nas w mądrość, której mamy używać. Mądrość i prawdziwe zaufanie, o które tak trudno czasami, może nawet częściej niż czasami.

Teraz, pisząc to boję się o wiele. O przyszłość, bo przecież nieznane jest tajemnicą, o to, co przyniesie i czy zdołam udźwignąć jej ciężar. Boję się, że jakieś trudności nie pozwolą mi iść drogą do świętości, tym bardziej, że kuleję nawet na prostej drodze. Myślę sobie, że może ten mój strach musi w końcu zapłonąć jak krzew Mojżeszowy. Może to właśnie przez niego Pan do mnie mówi. Żeby go usłyszeć potrzebne jest coś jeszcze. Pokora. To najprawdziwsza harmonia przez, którą możemy zrozumieć Pana. Muszę zdjąć sandały pychy żeby z pokorą usłyszeć Boga i prawdziwie przyjąć nawet ten swój strach. Owszem, boję się ale On wciąż powtarza „Nie lękaj się”. Siedzę cichutko w swojej łodzi a tymczasem; „Lecz Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły; biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą”(Iż 40,31)

Mogę nie tylko chodzić po wodzie ale wręcz latać, biegać bez zmęczenia.

Dlaczego więc tak często się boimy? Kiedy Pan Jezus przychodzi rzucić ogień na nasz suchy, szpecący krzak wołamy straż pożarną i naszym lękiem go gasimy bo akurat teraz ognia nie przewiduje nasz scenariusz. Traktujemy Boga jak reprezentacyjny dodatek do życia zamiast zwyczajnie Jemu uwierzyć w to, że życie jest ekskluzywnym dodatkiem do Jego miłości. Strach jest kumplem nieufności. Lubi sabotować i burzyć nasz rozwój. Jest też dobrym i łatwopalnym materiałem do ognia ufności, który płonie ale nie spala…

Trzeba się zmierzyć ze swoim strachem. Dowiedzieć się dlaczego się boimy. Dlaczego nie słyszymy głośnego wołania Pana; ”Nie lękaj się” ? Strach może być wyzwaniem i motywacją do rozwoju, do kolejnych kroków w życiu.. Ktoś kiedyś powiedział, że „kto stoi ten się cofa”. Bezwzględny świat kieruje swoimi zasadami i nie ma w nim miejsca dla tchórzy. Tymczasem Bóg powtarza „Nie lękaj się” i doskonali nas w naszych słabych stronach, przez które czasami wchodzi do naszego życia ze swoją wielką Miłością. Przejmuje ster i spokojnie mimo burzy mówi: „Nie lękaj się, bo jestem z tobą” (Iz,43,5).

Jeśli się boję swojej przyszłości, tym samym swojego krzyża to muszę się do tego przyznać przed Panem. Usłyszeć i uwierzyć w słowa, które powtarza wielokrotnie. „Nie lękaj się”. Czy „Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się”.(Mt, 14,27)

Zapraszam Cię Panie do swojego strachu, przyjdź i przemień mnie. Przyjdź i wyzwalaj mnie. Zapal płomień swojej miłości w miejscach suchych i nieużytecznych. Zapal Go tak, abym umiała ogrzewać się w nim ufnością. Tak, aby ufność była moją zbroją odwagi.

Iwona Sakrajda

Related posts