© 2020, Theofeel

Granice


ad_theo - 20 lutego 2017 - 0 comments

Granice są nam potrzebne do bezpiecznego funkcjonowania w relacjach z innymi ludźmi. Jednak nasze życiowe doświadczenia zaburzają ich właściwe proporcje, a co za tym idzie – rolę, jaką powinny spełniać. Wówczas stają się swego rodzaju „murami obronnymi”, które – na swój mocno niedoskonały, lecz „skuteczny” – sposób odgradzają nas już nie tylko od otaczającego świata, ale od samych siebie i Boga… Utrwalają tym samym wzrost „ja fałszywego”, opartego na lęku, i hamują przez to rozwój „ja prawdziwego”. Nikt z nas nie został bowiem powołany do życia, w którym dominowałby przede wszystkim niepokój.

Trwanie w wewnętrznym potrzasku

Temu specyficznemu zjawisku towarzyszy brak wewnętrznej spójności pomiędzy myślami i emocjami. Wskutek trudnych, często wręcz traumatycznych przeżyć, umysł ludzki „spycha” jedne i drugie do podświadomości, by tak właśnie „ochronić” siebie przed konfrontacją z nierozwiązanymi konfliktami. A ich „nagromadzenie” odbija się na psychice człowieka bardzo wyraźnie – poprzez trwanie w lęku, smutku czy wręcz depresji. To takie „samonapędzające się” koło, które trudno przerwać i za którym idą bardzo wyraźne konsekwencje. Utrwalone schematy działania sprzyjają bowiem budowaniu błędnego wyobrażenia na swój temat, brakiem miłości względem siebie, nieufnością wobec drugiego człowieka lub Boga… „Ratunkiem” wydaje się być tutaj nieustanna ucieczka przed wglądem w zranione ja, która jednak nigdy nie będzie mieć końca…

Człowiek staje się w ten sposób niewolnikiem swoich wewnętrznych granic, będących tak na dobrą sprawę jego więzieniem. Mury wzrastają coraz wyższej, napędzane obawą przed ponownym doznaniem wypieranej krzywdy. A czasami wystarczy tylko gest, słowo lub spojrzenie, by przywołać (i uruchomić) określoną reakcję obronną. I choć od momentu pierwotnego zranienia minęło już nierzadko wiele lat, umysł reaguje w taki sam sposób, jak kiedyś. Dlaczego? Ponieważ większość powtarzanych przez nas zachowań jest wtórna względem naszej bieżącej sytuacji. Dlatego tak kluczowe jest wyłapanie momentu, w którym to zostaje uruchomiony lęk czy inne trudne uczucie. I towarzyszące im myśli, ponieważ to w nich leży źródło takiego właśnie zachowania. Schemat jest prosty – skojarzenie, myśl, emocja = reakcja obronna. Tyle że z reguły jest ona niewspółmierna do rzeczywistości i bardziej stanowi odtworzenie przeżytej traumy, niż odpowiedź na realne zagrożenie. Niestety, często nie zdajemy sobie z tego sprawy i w zasadzie nie mamy świadomości, jakie pobudki kierują naszym życiem.

Współpraca z łaską

Myślę, że to jest właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie tak często obrażają się na Boga, obarczając Go również odpowiedzialnością za wszystko to, z czym sobie nie radzą, co sprawia im ból… „Przecież mógłby coś z tym zrobić!”, „On mnie wcale nie słucha!” „Gdyby istniał, to nie zostawiłby mnie na pastwę losu!” i tak dalej…  A przecież On chce żywej relacji z nami, relacji, w której określimy i jasno nazwiemy, co nas boli. I tu pojawia się problem, ponieważ okazuje się, że nam samym trudno jest precyzyjnie to określić, ponieważ oznaczałoby to konieczność zmierzenia się z przeszłością. Jeśli jednak nadejdzie w naszym życiu moment głębokiej refleksji, to okazuje się, że… niekoniecznie chcemy coś zmieniać i rezygnować z tego, co jest złe, ale na swój sposób znane i „bezpieczne”.

Bóg może zmienić naszą optykę patrzenia na dotychczasowe życie, jeśli podejmiemy taką decyzję i będziemy w niej trwać. I mimo naszego buntu i prób odgrodzenia się od Niego, On zawsze przy nas trwa. I umiera z nami tyle razy, ile my sami doznajemy wewnętrznej śmierci… Przychodzi do nas również w tych wszystkich bolesnych wspomnieniach, abyśmy wreszcie Mu je oddali! Dzięki temu możemy doznać wewnętrznej wolności. Musimy tylko chcieć dopuścić je do naszej świadomości, otworzyć na nie swoje serce i przeżyć je prawdziwie. Niestety, tu nie ma „drogi na skróty”. Jest to wręcz długi i złożony proces, wymagający od nas wiele samozaparcia i cierpliwości… Przypomina on naukę wyrabiania nowego nawyku, podczas której będziemy przedzierać się przez kolejne mury otaczające nasze serce. Gotowość na przyjęcie bólu nie przyjdzie od razu. Pamiętajmy jednak, że Boża obecność w naszym życiu przejawia się i w taki właśnie sposób.

Wystarczy, byś był…

„Pan za mnie [wszystkiego] dokona. Panie, na wieki trwa Twoja łaska, nie porzucaj dzieła rąk Twoich!”. Niedawno trafiłem na te, zaskakujące dla mnie, słowa Psalmu 138. Dlaczego zaskakujące? Wychodziłem (i to zresztą nadal się nie zmieniło) z założenia, że to ja muszę walczyć, starać się, reagować, aby coś zmieniło się w moim życiu. I tak na pewno jest. Jednak tylko dzięki pełnej otwartości na działania Boga może realizować się we mnie Jego plan. Czuję Jego prowadzenie w momentach powrotu do najboleśniejszych dla mnie wspomnień, które stanowiły wezwanie do przebaczenia bliskiej mi osobie kolejny już raz… Tyle że tym razem nie byłem już sam. Czekam więc (nie)cierpliwie na to, co jeszcze dla mnie przygotował.

Przemek Sobolewski

Related posts